Cesarka – konieczność czy wygoda?

Pod koniec grudnia 2019 r. w Głosie Szczecińskim pojawił się dość długi i ciekawy artykuł „Porodówki w Szczecinie podsumowują rok: Bez rekordu w Zdrojach„. Jest to dobrze napisany raport o tym, jak funkcjonują lokalne oddziały położnicze, jaką mają ofertę, ale też – jakie notują wyniki statystyczne.

Wśród tych danych moją uwagę przykuła informacja odnosząca się do porodów przez cesarskie cięcie:

W 2019 roku cesarskie cięcia stanowiły 58 proc. ogólnej liczby porodów. Wskaźnik ten utrzymuje się na podobnym poziomie od lat.

58%! Więcej niż połowa to są porody w ramach procedury operacyjnej, a nie siłami natury! Kiedy i jak doszliśmy do takiego wyniku? Dlaczego tak wiele kobiet decyduje się lub ma oferowaną takie właśnie rozwiązanie? Jako matka, która również miała okazję doświadczyć cesarki (lub jak mówią złośliwcy: „wydobęcin dziecka”, bo według niektórych cesarskie cięcie to nie jest prawdziwy poród) postanowiłam przyjrzeć się tej kwestii.

W przytoczonym artykule pojawiły się argumenty, że szpital w Zdrojach (do którego odnosił się wskaźnik 58% cc) ma tak zwany trzeci stopień referencyjności, co oznacza, że przyjmuje najbardziej skomplikowane i zagrożone ciąże z całego regionu. A takie właśnie problematyczne przypadki rozwiązuje się bezpieczniejszą niż naturalny poród metodą. Może zatem w innych szpitalach liczba „cesarek” jest znacząco niższa?

Kiedy zajrzymy do jednego z najnowszych opracowań statystycznych „Zdrowie i ochrona zdrowia w 2017 r.” (opublikowane w styczniu 2019!, zatem „świeżynka”, możemy znaleźć tam informację:

W szpitalach ogólnych w kraju przyjęto 393,1 tys. porodów (o 4,0% więcej niż przed rokiem) z czego 54,7% stanowiły porody fizjologiczne a 43,9% cesarskie cięcia.

A więc tendencja potwierdzona – niemal połowa porodów kończy się operacyjnie. Nie tylko w Polsce, podobne dane spotkamy w większości rozwiniętych krajów na całym świecie. Dlaczego? I tu już wchodzimy w ciekawe zjawisko socjologiczne i psychologiczne. Pomińmy kwestie medyczne, które skłaniają lekarzy do kierowania przyszłych mam na operację, a więc zagrożenie zdrowia i życia matki lub dziecka, przenoszona ciąża (mój przypadek!), wysoka spodziewana waga urodzeniowa (też mój przypadek!), anomalie w funkcjonowaniu płodu jeszcze w łonie matki, zbyt małe rozwarcie do porodu naturalnego i pewnie mnóstwo innych przesłanek medycznych. Zastanówmy się, na ile część kobiet już z góry nastawia się na poród przez cc i z czego to wynika.

Według popularno – naukowego netflixowego programu „Wyjaśniamy tajemnice seksu” (odcinek „Poród”) kobiety coraz częściej boją się szpitalnego porodu. Boją się utracenia swojej podmiotowości, kiedy to lekarz decyduje samodzielnie, jakie leki podaje położnicy. W większości przypadków, kobieta (lub jej partner) nie ma żadnego wpływu na wykonywane procedury w trakcie porodu naturalnego. To lekarz czy położna decydują najczęściej o przyjmowanej pozycji do porodu (zwykle najwygodniejszej dla odbierającego poród, a nie rodzącej) i prowadzonych czynnościach medycznych. Kobiet się zasadniczo nie słucha. Kiedy mówią, że boli, słyszą, że ma boleć. Podawanie znieczulenia czy leków przeciwbólowych też zależy od decyzji personelu medycznego, bo wskazanie rodzącej jest „subiektywne”, prawda?

Kilka lat temu w Polsce przetoczyła się cała batalia o „ludzkie porody”, w których choć trochę próbowano zmienić podejście w takich sprawach, jak wybór metody porodu, nacinanie krocza czy decyzja o obecności osoby bliskiej w trakcie całego wydarzenia. I wiele udało się zmienić na lepsze. Dlaczego więc cesarki są nadal coraz popularniejsze?

Cesarskie cięcie pozwala na zapanowanie nad procesem porodu. Mamy umówiony zabieg na konkretny dzień i godzinę. Wiemy, co się wydarzy, bo procedura jest raczej schematyczna. Badanie, znieczulenie, cięcie, wyciągnięcie dziecka, szycie, obserwacja pooperacyjna i już. Kiedy znieczulenie puści, można w miarę komfortowo siedzieć, karmić, funkcjonować jak przed porodem. Lęk przed nieprzewidywalnością porodu, bólem nad którym nie da się zapanować, nadludzkim wysiłkiem związanym z naturalnym procesem porodu, to niektóre, bardzo istotne przesłanki do wyboru cesarki. I to cudowne uczucie, kiedy przestajesz mieć skurcze (jeśli je miałaś) po podaniu znieczulenia zewnątrzoponowego! Pozostajesz przytomna, ale nie czujesz nic od klatki piersiowej w dół! Możesz choć trochę uczestniczyć (raczej biernie) w narodzinach dziecka bez wysiłku, bez bólu i cierpienia. Tak, to doświadczenie było w moim życiu jednym z najciekawszych 😉 Całość trwa krótko, bo około godziny, co w porównaniu z wielogodzinnymi porodami naturalnymi jest zbawieniem.

Może zatem przerzucić się wyłącznie na cesarki? Otóż nie jest to takie proste. Matka natura w końcu zaprogramowała nas na rodzenie własnymi siłami i tak – tylko w nielicznych przypadkach kobieta nie jest w stanie (o ile oczywiście nie ma przeciwwskazań medycznych) urodzić sama. Endorfiny i oksytocyna robią swoje. Cesarskie cięcie to również bardzo poważna operacja – wkłucie znieczulenia w kręgosłup wymaga ogromnej precyzji, co przy „gabarytach” i odruchach położnic nie jest proste. Sama po ukłuciu igłą miałam odruch prostowania pleców, co mogło źle skończyć się dla mojego kręgosłupa. Cesarka to również przecięcie, a potem zszycie kilku powłok brzusznych, co dla niektórych kobiet kończy się gorzej niż gojenie naciętego lub pękniętego krocza. Mogą wystąpić problemy brzuchem nawet w późniejszych latach, o bliźnie nie wspominając. To też brak pewnego poczucia bliskości z dzieckiem, ponieważ przy naturalnym porodzie dziecko zwykle oddawane jest w pierwszych chwilach matce do przytulenia (skóra do skóry), a po cesarce zabierane jest niemal od razu do dalszych procedur medycznych. Trudno zresztą przytulać dziecko, kiedy większa część ciała jest drętwa, a Ty leżysz niemal jak ukrzyżowana, podpięta pod kroplówki i monitorują Twoje funkcje życiowe… To również potencjalne problemy z laktacją, z uwagi na brak naturalnych hormonów związanych z akcją porodową, które właśnie laktację wywołują. Nie jest to jednak regułą – ja byłam gotowa do karmienia 2 tygodnie przed terminem porodu, a moje dziecko zwlekało z przyjściem na świat jeszcze kolejny tydzień 😉

Według badań kobiety, które są poddane zabiegowi cesarskiego cięcia bez własnej woli (planowały poród naturalny, ale przesłanki medyczne uniemożliwiły im realizację tego zamierzenia) częściej doświadczają depresji, stresu pourazowego, niskiej samooceny i trudniej jest nawiązać im więź z dzieckiem. To też ciekawy aspekt cesarek. Nie zmienia to faktu jednak, że spora część położnic – jeśli tylko mogą współdecydować o sposobie porodu – chętnie wybierają właśnie operację. Statystyki nie kłamią. Czy czeka nas zatem w niedalekiej przyszłości „zautomatyzowanie” procesu porodu? Czy kobiety rodzące naturalnie przejdą do takiej mniejszości, że poród z położną, doulą, muzyką, wodą, ale też bólem i wielogodzinnym wypychaniem dziecka stanie się swego rodzaju ewenementem, żeby nie powiedzieć: dziwactwem? Ciekawe…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Post

Pracownik czy przedsiębiorca?

Rząd postawił sobie za zadanie wprowadzenie zmian w życiu osób pracujących w naszym kraju. Nad zmianami w Kodeksie Pracy pilnie pracuje Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy i co jakiś czas zaskakuje

Koronawirus – dzień 6 – 9 Zdalna szkoła

Pierwsze półtora tygodnia edukacji w systemie prawie zdalnym za nami. Moja mała nastolatka przeżyła w tym czasie mnóstwo skrajnych emocji – od początkowej euforii z powodu koronaferii, przez przerażenie co

Sąd ratuje zdrowie

Kilka dni temu Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wydał bardzo ważny wyrok w batalii o obowiązkowe szczepienia dla dzieci. Jest to poważny krok w ogólnopolskiej dyskusji na temat bezpieczeństwa i