Dzieje się

Czujność ponad wszystko!

Do napisania dzisiejszego tekstu skłoniły mnie częste ostatnio doniesienia o oszustwach internetowych i telefonicznych. Temat niby nie nowy, ale wydaje mi się, że ostatnio jakby przybiera na sile. I nie chodzi tylko o doniesienia prasowe na ten temat, ale o przypadki, z którymi miałam do czynienia na własnej skórze. Dlatego chciałam się nimi dzisiaj podzielić – ku pamięci i ku przestrodze.

scamZapewne większość z Was przyzwyczaiła się do maili, które trafiają na nasze skrzynki, informując o niebotycznej wygranej w Nigerii, albo odkrytym na dnie morza skarbie, którym pułkownik armii amerykańskiej przebywający na misji w Afryce chce się z nami podzielić. Albo o spadku, który zostawiła daleka krewna i nadawca listu potrzebuje prawnego opiekuna, by go podjąć, zaś tak się składa, że to właśnie my jesteśmy najlepszym kandydatem na tegoż opiekuna. Wystarczy tylko kliknąć link, przelać odpowiednią ilość dolarów i bam! Zostaniemy posiadaczami wygranej, części skarbu, ewentualnie procentu od spadku za nasz trud i zaangażowanie. Maile te pisane są łamaną angielszczyzną lub – co gorsza – jeszcze bardziej łamaną polszczyzną. Można więc łatwo stwierdzić, że to tzw. nigeryjski przekręt i cierpliwie przekierowywać taką korespondencję do folderu SPAM. Ale co zrobić, kiedy ktoś chce od nas kupić wystawiany towar i sami nie wiemy, czy to oszustwo, czy nie? Z takim przypadkiem spotkałam się kilka tygodni temu. Bliska mi osoba sprzedawała laptopa na jednym z portali aukcyjnych. Zgłosił się do niej potencjalny kupujący, który zadeklarował kupno za cenę dużo wyższą niż zaproponowana przez sprzedającego. Szkopuł w tym, że zażyczył sobie wysyłki laptopa do… Afryki. Co więcej, wymagał, aby komputer najpierw wysłać, przekazać mu numer przewozowy, a dopiero potem nasz kupujący będzie mógł przelać pieniądze. Kontakt odbywał się na początku drogą mailową, a następnie telefoniczną. Potencjalny nabywca dzwonił do sprzedającego z Afryki i bełkotał po angielsku. Ponieważ sprzedający zwietrzył podstęp, ale nie potrafił dogadać się po angielsku z kupcem, poprosił mnie o pośredniczenie. Odebrałam więc telefon z numerem kierunkowym +27, czyli z RPA. Początkowo rozmowa była spokojna, pan wytłumaczył, że chce kupić laptopa, ale nie może przelać pieniędzy, dopóki bank nie otrzyma numeru nadanej przesyłki. Co ciekawe, kiedy zaczął tłumaczyć zasady operacji kupna – sprzedaży, jego początkowo spokojny sposób mówienia zaczął się zmieniać. Mówiąc obrazowo, dzwoniący zaczął wyrzucać z siebie słowa z prędkością karabinu tak, że nie dało się kompletnie zrozumieć, co mówi. Poprosiłam, żeby zwolnił i wytłumaczyłam grzecznie, że komputer nie zostanie nigdzie wysłany, dopóki na konto sprzedającego nie trafią pieniądze. Pan strasznie się zdenerwował i zaczął na mnie krzyczeć, próbując wymusić na mnie wysyłkę. Wtedy miałam pewność, że rozmowa nie ma większego sensu i zakończyłam ją definitywnie. Pomyślcie na logikę – który bank zajmuje się pośrednictwem w handlu detalicznym i wymaga dokumentu nadania towaru, jako warunku dokonania płatności? I to za używanego lapka wartego ok. 200 dolarów? I kto normalny kupuje używany sprzęt komputerowy i każe go sobie wysyłać z Polski do RPA albo Nigerii? Tudzież innego afrykańskiego kraju? Po tej historii pogrzebałam trochę w sieci i okazało się, że tacy oszuści (bo rzecz jasna cała sprawa to próba wyłudzenia) są dość aktywni w sieci. Często wyszukują sprzedających detalistów i pewnie od niejednego udało się im sprzęt wyłudzić. Poczytajcie chociażby ten tekst i kompentarze do niego: oszustwa na allegro.

Screenshot_2016-02-02-10-01-44Drugi popularny sposób oszustów to puszczanie „strzałek” z afrykańskich numerów. Najczęściej oszuści celują z takimi telefonami w nocy, żebyśmy obudzeni rano, pewnie nie do końca przytomni, oddzwonili na nieznany numer. Kiedy zadzwonimy, nasze konto telefoniczne zostaje obciążone koszmarnymi opłatami. Do mnie akurat zadzwonili w ciągu dnia (może sami byli niewyspani i nie sprawdzili polskiej strefy czasowej? :P). Akurat trzymałam telefon w ręku i korzystałam z różnych aplikacji, więc wyczułam próbę połączenia telefonicznego. Okazało się, że to telefon z Sierra Leone. Nie oddzwaniałam rzecz jasna, ale dało mi to do myślenia i teraz, przy każdym nieznanym numerze weryfikuję długość numeru i ewentualne kierunkowe. Na szczęście, mój telefon jest mądry i kiedy dzwoni ktoś z numerów stacjonarnych, podpowiada mi, czy to Zielona Góra, czy afrykański Czad.

Screenshot_2016-02-01-20-13-12Skoro o telefonach mowa, to warto podać ostatni przykład sprzed kilku dni. Przeglądałam grzecznie Facebooka i na stronie jednej ze szczecińskich gazet zobaczyłam link do filmiku, który od jakiegoś czasu krążył po sieci i który był niezwykle popularny. Niczym potulna społecznościowa owieczka postanowiłam więc pobiec za resztą stada i zobaczyć tenże filmik. Po kliknięciu na link przerzuciło mnie na inną stronę i pojawił się alert, że mój telefon jest zawirusowany. Następnie alert zniknął, ale za to na komórce wyświetliła się stronka z logiem Google i odnośnikiem do sklepu play.google, wraz z alarmującym komunikatem. Dowiedziałam się z niego, że ponieważ ostatnio wchodziłam na strony pornograficzne, to mój telefon został zawirusowany. Więc teraz, natychmiast, już w tej sekundzie powinnam kliknąć link i pobrać odpowiednie oprogramowanie, żeby pozbyć się całego zła z telefonu. Sytuację grozy potęgował fakt, że pod linkiem odliczał się czas, który miał z założenia zmotywować mnie do szybkiego kliknięcia. Kiedy spojrzałam jednak na adres tejże strony, zauważyłam, że nie było tam odnośnika do play.google, tylko PALY.GOOGLE. Ktoś mniej spostrzegawczy, bardziej nerwowy, mógłby tego nie zauważyć. No dobrze, podejrzliwość wzbudził we mnie głównie fakt, że pornografii nie oglądam ani na telefonie, ani na innych nośnikach. Ale gdyby komunikat mówił o bliżej niesprecyzowanych podejrzanych stronach, bez odnoszenia się do absurdu pornografii, być może dałabym się nabrać. W opisywanym przypadku musiałam zresetować telefon, bo stronka z alertem nie dawała się zamknąć. Na szczęście uniknęłam większych szkód, ale było blisko.

To tylko trzy przykłady, które dotknęły mnie ostatnio bezpośrednio. Od kilku dni krąży w mediach informacja o mailach od komorników, zawierających linki z wirusami. Kilku moim znajomym oszuści zdołali zaszyfrować pliki na ich dyskach po kliknięciu niewinnie wyglądających załączników w mailach. Teraz żądają pieniędzy za ich odblokowanie. Dość częste są też próby oszustw „na firmę przewozową”, czyli maile z informacją o wysłanej do nas przesyłce, którą można śledzić po przepisaniu numeru przewozowego w podany w mailu link. To oczywiście wirus, który pewnie nie oszuka tych, którzy nie oczekują żadnej przesyłki. Ale znam osoby, które robiły zakupy w sieci, czekały na towar i tylko ich czujność uchroniła ich od kliknięcia czy otworzenia załącznika. Pewnie takich historii będzie coraz więcej, bo i sposoby oszustów są bardziej wyrafinowane. Pozostaje nam więc włączyć myślenie i nie klikać w nic podejrzanie wyglądającego lub nie oddzwaniać na nieznane numery.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *