Dworskie zabawy w Urzędzie Miasta

Kiedyś już o tym pisałam, ale temat wraca jak bumerang. W Urzędzie Miejskim Miasta Szczecina uprawia się dworskie zabawy. A konkretnie „zabawy w damy”: temu damy, a temu nie damy. Chodzi oczywiście o tak zwane otwarte konkursy dla organizacji pozarządowych, gdzie rozdziela się publiczne pieniądze na realizację zadań samorządu. Dzisiaj temat ten powrócił za przyczyną kolejnego posiedzenia Szczecińskiej Rady Działalności Pożytku Publicznego.

Logo_UM_SzczecinNa posiedzenie SRDPP został wniesiony punkt dotyczący informacji o polityce senioralnej Miasta. Dlaczego? Otóż niedawno Miasto przeprowadziło i rozstrzygnęło konkurs na Osiedlowy program aktywizacji, integracji i wspierania osób starszych. Wyniki okazały się zaskakujące, ale ciekawsze i bardziej szokujące były przedstawione nam informacje o tym, jak wyglądał proces wyboru wykonawców projektów spośród organizacji pozarządowych.

Dowiedzieliśmy się m.in., iż do tej pory (czytaj: w poprzednich latach) do tego zadania nie było tłumu chętnych. Ba! Urzędnicy podobno musieli wydzwaniać do organizacji pozarządowych i prosić ich, aby do konkursu przystąpiły. A tu nagle, w roku 2016, kiedy na program przeznaczono zaledwie 190 tys. zł, do konkursu stanęło 26 różnych organizacji. Pojawiło się wiele nowych podmiotów, zainteresowanych prowadzeniem zajęć dla seniorów. Łączna kwota, na którą organizacje te złożyły oferty, przekroczyła milion złotych. Pieniędzy tych rzecz jasna w budżecie Szczecina nie ma, ale ponieważ był to konkurs, powinni wygrać najlepsi. Logiczne, prawda? Oj, chyba nie w przypadku naszego magistratu.

W konkursie zaplanowano ocenę ofert pod kątem 11 kryteriów:

1) możliwość realizacji zadania publicznego przez podmioty uprawnione;
2) kalkulacji kosztów realizacji zadania publicznego, w tym w odniesieniu do zakresu rzeczowego zadania;
3) jakości wykonania zadania i kwalifikacje osób, przy udziale których podmioty uprawnione będą realizować zadanie publiczne;
4) udziału środków własnych lub środków pochodzących z innych źródeł na realizację zadania publicznego;
5) wkładu rzeczowego i osobowego, ze szczególnym uwzględnieniem świadczenia wolontariuszy i pracy społecznej członków;
6) planowanej liczby beneficjentów objętych zadaniem;
7) liczby i opisu proponowanych zajęć (poprzez wskazanie terminu ich realizacji);
8) różnorodności i atrakcyjności prowadzenia zajęć;
9) dotychczasowej współpracy, biorąc pod uwagę rzetelność i terminowość oraz sposób rozliczenia otrzymanych na ten cel środków,

10) posiadania odpowiednich zasobów lokalowych dla działalności opisanej w ofercie,
11) posiadania doświadczenia w zakresie aktywizacji, integracji i wspierania osób starszych.

ocena ofertyKryteria wyglądają fantastycznie. Są zróżnicowane, dotyczą wielu aspektów. Problem w tym, że w karcie oceny oferty kryteria te nie mają przyporządkowanej żadnej punktacji. Nie wiadomo zatem, na jakiej podstawie dana oferta była lepsza (lub gorsza) od innej. Praktyką stosowaną w UM jest bowiem ocena na zasadzie wolnej dyskusji i wpisania kilku (3-5) zdań do karty oceny (patrz: zdjęcie obok). Jak zmieścić tam ocenę aż 11 tak istotnych kryteriów? Nie mam pojęcia.

Ale to nie cały kłopot z oceną. Okazało się, że w rzeczonym konkursie, z powodu tak dużej liczby chętnych, już w trakcie oceny wprowadzono dodatkowe, decydujące kryterium: dotychczasowe otrzymywanie środków od Miasta na taką samą działalność. Tak, dobrze czytacie. Chodzi o premiowanie organizacji, które już raz do źródełka funduszy miejskich się dostały i nie chcą od niego odejść. Że same nie chcą – to jestem w stanie zrozumieć. Ale że urzędnicy całkiem świadomie je do tego źródełka za postronek przywiązują, jednocześnie stawiając zasieki w postaci takich kryteriów wobec nowych organizacji – tego już całkiem pojąć nie potrafię.

Pani dyrektor Olejnik, odpowiedzialna za sprawy społeczne w Mieście, stwierdziła, że przecież nie można najpierw finansować jakiegoś projektu przez rok, a potem powiedzieć realizatorom, że nie dostaną pieniędzy na kontynuację. Przecież oni zajmują się konkretnymi ludźmi, dla których organizują zajęcia. Zapytałam wtedy, dlaczego zatem w kółko finansuje się zajęcia dla tych samych ludzi, gdzie w jednym projekcie wspiera się kilkadziesiąt – kilkaset seniorów, tymczasem kilka tysięcy (w jednej dzielnicy!) innych seniorów nie ma szans, żeby z nowej oferty skorzystać? I dlaczego nazywa się to otwartym konkursem, skoro Miasto z góry wie, kogo sobie wybierze na wykonawcę takich programów?

Podsumowując zatem:

  1. W Urzędzie Miasta Szczecina organizuje się otwarte konkursy, które de facto są zamknięte na nowe organizacje. Świadomie premiuje się tylko te podmioty, które już z Miastem w poprzednich latach współpracowały. Oznacza to automatyczną blokadę dla nowych organizacji.
  2. W otwartych konkursach, w trakcie oceny, wprowadza się dodatkowe warunki i kryteria już w trakcie oceny. Bo tak. Oczywiście nikt ze startujących w konkursie o tym nie wie do czasu rozstrzygnięcia. Nikt nie ma możliwości ewentualnego uzupełnienia oferty o nowe dane.
  3. W trakcie oceny lekceważy się przyjęte kryteria, nie odnosząc się do nich w pełni w uzasadnieniu oceny.
  4. W konkursach nie ma znaczenia doświadczenie z innych źródeł finansowania, nieistotna jest jakość oferty. Najciekawsza oferta polegnie, jeśli oferent nie współpracował do tej pory z Miastem.

confusedSzokujące? Dla mnie tak. Od lat pracuję przy konkursach. Tych unijnych i tych z Funduszu Inicjatyw Obywatelskich, który jest programem rządowym. Jako oceniająca oferty, w każdym konkursie mam jasno opisane kryteria, które albo oceniane są zero-jedynkowo (spełnia/nie spełnia) albo punktowo. Jeśli przyznam mniej punktów, szczegółowo uzasadniam taką decyzję. Oceniam sama, a niezależnie ode mnie, na „drugą parę oczu” pracuje drugi oceniający. Nie konsultujemy się, nie dogadujemy w ocenie. Jeśli jest rozbieżność w naszych ocenach, decyduje powoływany dodatkowo trzeci ekspert. Jeśli mam oceniać ofertę podmiotu, z którym jestem związana, wykluczam się z oceny. I w żadnym konkursie nie przyznaję wsparcia tylko dlatego, że ktoś kontynuuje swoje działania. Co więcej – w FIO dodatkowe punkty dostają organizacje, które jeszcze nigdy nie otrzymały wsparcia z Funduszu. Właśnie po to, by grono odbiorców maksymalnie poszerzać. Ale to drobne 3 punkty do zdobycia wobec 100 punktów, które dostaje się za dobrą jakościowo ofertę. Na pewno nie jest to aspekt decydujący, bo liczy się merytoryczna zawartość oceny. No, ale to pieniądze rządowe. W naszym samorządzie mają inną optykę. Liczą się „sprawdzeni w boju towarzysze”. Pozostali nawet niech nie próbują. A potem zdziwienie, że III sektor w mieście jakiś taki niemrawy.

I na koniec słowo dla tych, którzy uważają, że organizacje pozarządowe „wiszą” na miejskich pieniądzach: rozmaite ustawy nakładają na samorząd pewne zadania. Czasem samorząd przyjmując pewne polityki sam nakłada takie zadania na siebie. Samorząd nie chce owych zadań realizować sam za pomocą urzędników, tylko woli je zlecić na zewnątrz. Zleca je np. organizacjom pozarządowym, które w zastępstwie samorządu owe zadania wykonują. I na ich realizację otrzymują pieniądze. Żadna łaska – to jest po prostu umowa między zlecającym a wykonawcą danego zadania. I tylko nie mogę zrozumieć tego przywiązania urzędników do stałych wykonawców owych zadań. Ani braku przejrzystości w rozdzielaniu – było, nie było – naszych miejskich pieniędzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *