Dzieci niczyje

foto: Cezary Aszkiełowicz, Agencja Gazeta
foto: Cezary Aszkiełowicz, Agencja Gazeta

Mieszanie w oświatowym kotle nie służy nikomu. Ani nauczycielom, ani rodzicom, a z pewnością już najmniej samym dzieciom. Tymczasem od lat mamy serwowany przez kolejne rządy festiwal zmian, reform i rewolucji edukacyjnych. Ledwie pełen rocznik 6-latków wszedł do I klasy, samorządy poukładały jakoś siatkę szkół i przedszkoli i oto znów stoimy przed widmem chaosu. 6-latki powrócą do przedszkoli. Na pewno oznacza to pozytywną zmianę dla rodziców niedoszłych pierwszoklasistów, bowiem teraz sami rodzice będą oni mogli zadecydować, czy ich dziecko dojrzało już do szkoły i czy wybrana podstawówka zapewnia dobre warunki dla dzieci. W wielu środowiskach ma to uzasadnienie, patrząc na to, jak podstawówki pękają w szwach, pracując na dwie zmiany. Dzieci też są różne – jedne lepiej radzą sobie w tym wieku w szkolnym rygorze, inne całkowicie nie potrafią spełnić wymagań edukacyjnych i zaczynają przygodę z nauką od poczucia porażki. Wydawać by się zatem mogło, że zaproponowana zmiana przywrócenia 6-latków do przedszkoli to jedyne słuszne rozwiązanie.

Bardziej boleśnie odczują to jednak rodzice 3-latków. Pozostawienie 6-latków w przedszkolach zablokuje bowiem miejsca w tych właśnie placówkach. A przedszkola nie są z gumy i nie mogą rozciągać się w nieskończoność. Upychanie zaś dzieci w zerówkach szkolnych jest rozwiązaniem na krótką metę. W praktyce oznaczać to będzie, że 3-latki staną się „niczyimi dziećmi” – rząd przecież za przedszkola nie odpowiada, bo to domena samorządu. Samorządy zaś rozłożą bezradnie ręce i będą udowadniać, że skoro nie ma ustawowego obowiązku przedszkolnego dla 3-latków, niewiele mogą zrobić.

Z tym problemem można próbować sobie poradzić. Rozwiązania mogą być dwa. Pierwsze: rząd weźmie na siebie odpowiedzialność również za przedszkola i zapewni ich odpowiednie finansowanie tak, aby miejsc wystarczyło również dla 3-latków. Skoro to rząd decyduje o wieku edukacji szkolnej, zaś ta decyzja bezpośrednio wpływa na dostępność miejsc w przedszkolach, niechże weźmie pełną odpowiedzialność i za ten etap edukacji. Niechże płaci, skoro wymaga. Dlaczego subwencja oświatowa ma iść tylko za uczniem, a za przedszkolakiem już nie?

Drugie możliwe rozwiązanie: samorządy zaproponują rodzicom finansowanie miejsc dla 3-latków w placówkach niepublicznych. Skoro mogą finansować opiekę żłobkową, to dlaczego nie przedłużą jej do ukończenia 4 roku życia? Tutaj też upatrywałabym wsparcia rządu, jako głównego sprawcy oświatowego zamieszania.

Najgorsze, co teraz może się zdarzyć, to wycinkowe patrzenie na oświatę i skupienie się wyłącznie na 6-latkach. Publiczna oświata i opieka to proces ciągły – od żłobka do ukończenia szkoły średniej. Nie można zmieniać sytuacji jednych dzieci, bez oglądania się na możliwe konsekwencje wobec innych. Inaczej za chwilę trzeba będzie zmodyfikować akcję społeczną i tym razem ratować 3-letnie maluchy.

Powyższy tekst ukazał się w Magazynie Szczecińskim – Gazeta Wyborcza 4 grudnia 2015 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *