Gdzie kucharek sześć… tam będzie co jeść?

źródło: zsbogdanowice.szkolnastrona.pl

Żywienie dzieci w polskich realiach szkolnych to niełatwe zadanie. A żywienie zdrowe, smaczne i do tego nie obciążające kosztowo – może być już prawdziwym wyzwaniem. Wydawałoby się, że dzieci od dziesiątek lat przychodzą do szkoły, spędzają tam większą część dnia, a co za tym idzie – również spożywają posiłki. Więc kłopotów teoretycznie nie powinno być. A jak jest w rzeczywistości?

Z uczniowskim żywieniem jest sporo kłopotów. Z czym konkretnie? Między innymi z jakością posiłków czy zdrowych przekąsek. Kiedyś uczeń dostawał z domu kanapki. Ale od kilkunastu lat rodzice – szczególnie ci bardziej zabiegani i zapracowani – jeśli rano mają za mało czasu na przygotowywanie zdrowych kanapek, ratują się „gotowcami”. Drożdżówkami, ciastkami albo gotowymi – sprzedawanymi w sklepach kanapkami. Trudno się im dziwić, jeśli rynek ofertuje takie gotowe rozwiązania. Gorzej jeśli dzieci przyzwyczajają się do słodkiego pierwszego lub drugiego śniadania i nie wyobrażają sobie samodzielnego przygotowywania najprostszych posiłków. Jeszcze trudniej przekonać ich do komponowania zdrowych posiłków, jeśli na korytarzu szkoły stoją maszyny vendingowe, kuszące gotowymi kanapkami (najczęściej wysmarowane majonezem, zapakowane w folię, ze składnikami o wątpliwej jakości odżywczej) czy też chrupkami, ciastkami czy wafelkami.

Ale załóżmy, że dyrekcja szkoły w porozumieniu z rodzicami uzna, że zdrowe posiłki są najważniejsze i żadnych maszyn na szkolne korytarze nie wpuści. W idealnym scenariuszu szkoła taka dysponuje nawet sklepikiem szkolnym i programem dożywiania dzieci świeżymi owocami i warzywami. W sklepiku też można sprzedawać zdrowe, przygotowywane na miejscu kanapki, zamiast zapiekanek, frytek i chipsów. Da się? Otóż nie zawsze i nie wszędzie. W praktyce bowiem, żeby można było przygotowywać na miejscu takie zdrowe kanapki, trzeba spełniać odpowiednie wymagania techniczne i sanitarne. Inaczej Sanepid zgody na takie produkty nie wyda. I wtedy zostanie sprzedawanie bezpiecznej, bo paczkowanej żywności, która zazwyczaj ze zdrowym żywieniem niewiele ma wspólnego.

A co z programem zdrowych owoców i warzyw? Wiele szkół przekazuje dzieciom obrane, porcjowane i spakowane w foliowe woreczki marchewki, a także jabłka. Fantastyczny pomysł – dziecko przynajmniej kilka razy w tygodniu może zjeść porcję owoców lub warzyw. Tylko czy ktokolwiek kontroluje jakość tych produktów? Czy kontraktuje się je jedynie ze względu na minimalne normy, ale o walorach smakowych nikt już nie myśli? Kto miał do czynienia z taką paczkowaną marchewką, która przeleżała co najmniej kilka dni w folii zanim trafiła w ręce ucznia, doskonale wie, że to warzywo nie jest już soczyste i smaczne. Najczęściej jest wyschnięte, twardawe i zwyczajnie nieapetyczne. Jabłka też trafiają się różne – niektóre smaczne, najczęściej jednak są one słabej jakości.

Skoro zatem paczkowana żywność jest niespecjalnie smaczna, a w sklepikach nie można robić świeżych kanapek, może warto wykorzystać rodziców do wsparcia uczniów w kwestii zdrowego żywienia? I przy okazji dożywiania? W Poznaniu rodzice uczniów jednego z gimnazjów wpadli na pomysł utworzenia banku kanapek. Stwierdzili, że skoro robią swoim dzieciom kanapki, to mogą zrobić jedną lub dwie dodatkowo. Będzie zdrowiej i przyjemniej tym, którzy nie mogą sobie na takie posiłki pozwolić, nie będzie podziałów między uczniami na biednych i bogatych. Szybko okazało się, że taka forma żywienia zbiorowego może przynieść pomysłodawcom same kłopoty. Bo przecież Sanepid nie może skontrolować warunków, w jakich te kanapki powstają! Wprawdzie poznański Sanepid zastrzegał, że o ile żaden uczeń się nie rozchoruje, to w dzielenie się kanapkami nie będzie wnikał, ale znając absurdy urzędniczej biurokracji mogłoby się jednak okazać, że z pomysłu może wyjść więcej szkody niż pożytku. I tak dobrze, że nikt nie wpadł na pomysł opodatkowania poczęstowanych uczniów – przecież taka darmowa kanapka to nic innego, jak korzyść majątkowa! Absurd? Nie, polskie prawo.

W większości szkół i przedszkoli funkcjonują też stołówki. Pełnią one niebagatelną rolę w systemie żywienia uczniów, szczególnie tych, którzy pozostają na świetlicy i spędzają w szkole nierzadko 8-10 godzin. Jedzenie – jak to w stołówce. Jednym smakuje, innym nie. Rzecz gustu. Ale stołówka gwarantuje dzieciom i młodzieży przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie. To ma znaczenie dla rozwoju młodego człowieka i dla efektywnej pracy na lekcjach. Jednocześnie stołówki to sól w oku wielu rządzących. Dla samorządów to głównie koszty – bo trzeba utrzymać etaty kucharek, intendentek, osób sprzątających. I dlatego wiele z samorządów decyduje się na prywatyzację stołówek, oddanie ich ajentom albo wręcz wprowadzenie cateringu. Na jakiej podstawie się ich wybiera? Jak to zazwyczaj w przypadku publicznych środków bywa – na podstawie najniższej ceny. Konia z rzędem temu, kto udowodni, że najniższa cena nie oznacza spadku jakości. I to nie tylko jakości pod względem odżywczym czy smakowym, ale też higieny przygotowywania posiłków. W efekcie mamy do czynienia z tak porażającymi sytuacjami, jak stan techniczny stołówki w Słupsku. Pod koniec ubiegłego roku kontrola wykazała, że w kuchni przekazanej ajentowi było strasznie brudno… i zalęgły się tam ślimaki! Niska cena po przekazaniu stołówki prywatnym podmiotom nie gwarantuje też niskich kosztów bez końca. Szacuje się, że w Warszawie, po sprywatyzowaniu szkolnych stołówek, ceny posiłków wzrosły trzykrotnie. Również w wielu innych miastach zauważalny jest problem wzrostu cen. Zatem taniej jest – ale tylko dla samorządów. Rodzice niestety płacą więcej.

Ja osobiście znam tylko jeden przykład udanej prywatyzacji stołówki szkolnej – kiedy przekazano jej prowadzenie spółdzielni socjalnej. Ten specyficzny rodzaj podmiotu ekonomii społecznej ma ogromną zaletę – nie działa wyłącznie dla zysku finansowego. Eksperyment przeprowadzony w jednej z małopolskich gmin powiódł się, ale jego sukces był uwarunkowany również mocnym zaangażowaniem się lokalnego samorządu. Bo spółdzielnię współtworzy również gmina. Ale to wyjątek na mapie niechlubnych likwidacji stołówek. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że ich zamykanie nie przynosi nic dobrego. I trzeba z tym walczyć – dlatego członkowie Stowarzyszenia Rodzice dla Szczecina w ubiegłym roku tak aktywnie pomagali rodzicom ze Specjalnego Ośrodka Szkolno – Wychowawczego dla Dzieci Słabo Słyszących w Szczecinie. Wspólnym wysiłkiem udało się nam uzyskać środki na remont kuchni i stołówki. I jako rodzice zawsze będziemy stołówek bronić przed zakusami wolnorynkowej prywatyzacji. Bo o stołówki, a co za tym idzie – o zdrowe żywienie w szkołach i przedszkolach – trzeba dbać szczególnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *