Jak ryby w wodzie

Weronika w pierwszych latach podstawówki uczyła się pływać. W szkole basenu nie miała, ale mi wpadła w ręce informacja, że można uzyskać finansowanie nauki pływania dla dzieci z takich szkół, gdzie jest dostępna tylko sala gimnastyczna. Miasto płaciło za trenera i umożliwiało korzystanie z basenów w innych szkołach. Werka chodziła wtedy do SP 48 na Pogodnie, razem z panią dyrektor szkoły i nauczycielką w-fu postaraliśmy się o pieniądze z miasta dla naszej klasy. I tak, dzięki ogarniętemu aktywowi rodzicielskiemu, przy wsparciu szkoły, dzieciaki łyknęły podstawy nauki pływania.

Po bodaj dwóch semestrach, kiedy wieść rozeszła się po szkole, że nasza klasa ma dofinansowanie, Rada Rodziców, bez konsultacji z nami, za to po aprobacie dyrekcji, postanowiła „załatwić” pieniądze dla innych klas. Bo nasze dzieci to się już napływały, a inne nie. Na nic zdały się argumenty, że to my – rodzice z tej konkretnej klasy – byliśmy inicjatorami całego przedsięwzięcia i Radzie Rodziców nic do tego. Ponieważ pani dyrektor dla świętego spokoju wolała mieć za sobą RR, zamiast tylko jednej klasy, nie zdziałaliśmy nic. Nasza klasa przestała jeździć na basen.

Jakoś minęły kolejne lata, ja żyłam w przeświadczeniu, że muszę koniecznie gdzieś Werkę na naukę pływania zapisać. Widziałam ją czasem w basenikach na wakacjach i jakoś tak mi to wyglądało na niski poziom umiejętności pływackich. Uważam, że każdy człowiek MUSI umieć zachować się w wodzie. Nie musi być pływakiem wyczynowcem, ale jednak jakieś podstawowe umiejętności bezpiecznego zachowania się w akwenie powinien posiąść. Dla własnego bezpieczeństwa.

Przez ten cały czas zapisywanie na naukę pływania mi nie wychodziło. Głównie dlatego, że gros czasu pochłaniała gimnastyka, a potem – przez kilka miesięcy – taniec. No i coraz więcej nauki w szkole. Złapanie wolnego popołudnia lub soboty graniczyło z cudem. W te wakacje byłam jednak zdeterminowana, żeby sprawę dopiąć, szczególnie że Werka zrezygnowała z tańca i pojawił się dawno nie widziany WOLNY CZAS.

Pod koniec wakacji wybraliśmy się całą rodziną na Lagunę, do Gryfina. Trochę, żeby pohasać w wodzie, trochę, żebyśmy mogli z Tomkiem popływać na basenie sportowym, bo w codziennej bieganinie nigdy nie mieliśmy na to czasu. I tak po godzinie zjeżdżania na rurach i naprzemiennego czuwania nad „niepływającym” dzieckiem postanowiliśmy zaciągnąć Weronikę na basen sportowy i pokazać jej, czym jest pływanie w normalnej wodzie (czytaj: w temperaturze ok. 27 stopni).

Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że Werka… jednak pływa. Początki były trudne. Bo woda za zimna, bo 25 metrów to za daleko. Rozkładała przepłynięcie jednej długości basenu na kilka rat. Ale pływała. Eureka! 13 lat czekałam, żebym mogła zacząć znów chodzić swobodnie na basen, bo to i kręgosłup zdrowszy, i trochę brakującej aktywności fizycznej i trochę wspólnie spędzonego czasu. Od tej wizycie na Lagunie wiedziałam, że będziemy pływać. Wszyscy troje. Regularnie.

W oko wpadł nam Szczeciński Dom Sportu. Ma dwa duże baseny – jeden 25-metrowy, drugi 50-metrowy, z możliwością dzielenia go na dwie części. Dość nowoczesna infrastruktura zachęca. Okazało się również, że w weekendy, do godziny 9 rano płaci się cenę biletu ulgowego, a naliczanie jest minutowe. Plusy? Za wejście dla 3 osób płacimy co tydzień 21 zł podstawowej ceny za godzinę. Minusy? Czas liczy się od przekroczenia bramki do wyjścia do kasy. W efekcie, w cenie mamy przebieranie i suszenie. To zaś skraca czas pływania. Po tym czasie jednak nastepuje naliczanie minutowe, zatem płacimy za faktyczny czas przebywania na terenie basenu, a nie za kolejną godzinę. Zwykle dopłacam 3-5 złotych za 3 osoby. Czyli niewielkie pieniądze…

Zaczęliśmy więc od września chodzić na basen w trójkę. Jestem matką przeklętą, bo wymyślam wyjścia właśnie w niedzielę, na 7 rano, co oznacza pobudkę o 6.30. Pierwsze nasze wizyty to był czas na rzetelną weryfikację i motywację Werki. Niczym jastrząb obserwujący mysz, pływałam za nią i sprawdzałam, czy faktycznie sama potrafi poradzić sobie w wodzie. I z każdą kolejną wizytą było coraz lepiej, coraz pewniej, coraz bardziej profesjonalnie.

Następny etap przygody z pływaniem to było pozytywne wzmocnienie początkującej nastolatki z burzą hormonów. Ponieważ Werka potrafi szybko dostawać skrzydeł w przypadku sukcesów, jak i szybko wpadać w „otchłań rozpaczy” w przypadku porażek, a przy okazji – tak jak ja – jest zadaniowcem, postawiłam przed nią i przed sobą cele. Najpierw było to 15 basenów do przepłynięcia w określonym czasie. Tak, żeby to nie był czas na moczenie się i stanie pod murkiem, a pływanie tylko przy okazji. Okazało się, że te 15 basenów to jest niewielki, ale jednak wysiłek. Zaczęłam więc pozytywne wzmocnienie zachętami materialnymi (a raczej przekupstwem 😉 ). Za każdy dodatkowy basen zaproponowałam złotówkę. Okazało się, że bez problemu można zrobić w tym samym czasie 20 basenów. Z każdą kolejną wizytą liczba wymaganych basenów się zwiększała, a kwota za basen spadała 😀 Obecnie, po 4 miesiącach chodzenia bezwzględnym minimum jest przepłynięcie 20 basenów, a za kolejne 20 płacę po 50 groszy za jeden, czyli dodatkowe 10 zł.

Dlaczego zdecydowałam się na ten krok? Z kilku powodów. Po pierwsze – każdy lubi być nagradzany za ekstra wysiłek. Wstawanie o 6 rano w niedzielę – jedyny absolutnie wolny dzień od jakichkolwiek zajęć, choć często przeplatany koniecznością uczenia się do licznych sprawdzianów – TO JEST EKSTRA WYSIŁEK. Wysiłek tym większy, że jest zimno, ciemno, a poduszka i kołderka wołają „nie odchodź!”.
Po drugie: ja też potrzebuję motywacji. Pływam dokładnie tyle, ile pływa moja córka. Nie mogę być słabsza, nie mogę sobie odpuścić, bo jak będę wyglądać w oczach mojej nastolatki? Jak cienias? 😉
Po trzecie: Werka dostaje tygodniówkę, aczkolwiek nie jest ona zbyt duża. Dodatkowa dyszka tygodniowo nie tylko podwaja jej dochód, ale pozwala jej kupować coraz więcej interesujących rzeczy, które sama wybiera i sama za nie odpowiada. Uczy się gospodarować kasą i bardzo dobrze.
Po czwarte: niewątpliwie Weronika uczy się nowych rzeczy. Wykonuje ogromną pracę fizyczną, świetnie się przy tym bawiąc. Czasem ścigamy się na jednym torze, czasem pokazuje mi, jak potrafi nurkować, stawać na rękach w wodzie czy robić fikołki. Zawsze jednak stara się słuchać wskazówek i poprawiać styl pływania – od poruszania się głównie „pieskiem” do pływania kraulem z zanurzoną twarzą czy grzbietowym przy ruchu rąk jak w stylu motylkowym. I to jest warte każdej złotówki, bo w razie czego, kiedyś gdzieś, poradzi sobie w wodzie.

Czy to właściwe z punktu widzenia wychowawczego i pedagogicznego? Nie wiem. Wiem za to, że to bardzo skuteczne. Wreszcie mogę z moimi bliskimi chodzić co tydzień na basen, zadbać o zdrowie nas wszystkich, a po pływaniu celebrować wspólne, zdrowe, niedzielne śniadanie. Razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Post

Zabezpieczony: Nerw

Brak zajawki, ponieważ wpis jest zabezpieczony hasłem.

Zabezpieczony: Co jest po trzy?

Brak zajawki, ponieważ wpis jest zabezpieczony hasłem.

Zabezpieczony: Zaplątana

Brak zajawki, ponieważ wpis jest zabezpieczony hasłem.