Dzieje się

Każdy ma swoje granice. Ja odkryłam swoje.

foto: galleryhip.com

Każdy ma swoje granice. Cierpliwości, chęci działania, potrzeby zrobienia czegoś pozytywnego. Ja odkryłam dziś swoje. Gdzie? Na posiedzeniu Szczecińskiej Rady Działalności Pożytku Publicznego.

Co to takiego, ta Rada? – zapytacie. To grono ludzi powołanych do tego, żeby reprezentować organizacje pozarządowe w kontaktach z prezydentem. W skład Rady wchodzą też przedstawiciele radnych i urzędników. Piękna emanacja obywatelskości, prawda? Chyba jednak nie bardzo.

Od dwóch miesięcy męczymy temat Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego. Najpierw dwóch dyrektorów z UM (p. Szczyrski i p. Przepiera) przedstawiali nam założenia do powołania zespołu, który ma opracować nowe zasady. Część z nas – głównie ja, Joanna Bylińska ze Szczecinianie Decydują, Wojtek Spychała z Politesa i Arkadiusz Marchewka – radny PO – mocno podkreślaliśmy, że po ubiegłorocznych doświadczeniach z SBO i zmianą reguł w trakcie gry, musimy najpierw zobaczyć zarządzenie prezydenta, które będzie regulowało zasady, możliwości i odpowiedzialność takiego zespołu. Jeśli mamy się w coś wpakować, to przynajmniej chcemy wiedzieć – w co. Tymczasem – o zgrozo! – ze strony części członków Rady pochodzących z NGO słyszeliśmy: „po co wam to?! wchodzicie w kompetencje prezydenta! niech sam decyduje! my nie jesteśmy od tego!”. Szok i niedowierzanie. Jak można reprezentować interes strony społecznej i bezkrytycznie przyjmować wszystko, co powiedzą i napiszą urzędnicy czy prezydent? Gdzie dialog? Gdzie dyskusja?!

Ok, przeżyłam. Choć poziom frustracji się podniósł. Ostatecznie przeforsowaliśmy tę kwestię i po kolejnym spotkaniu – tydzień temu – propozycję zarządzenia otrzymaliśmy do weryfikacji od p. dyrektora Przepiery. Zafrapowało mnie kilka kwestii, więc wniosłam swoje uwagi. Jako jedyna. Nikt inny się nad tym nie pochylił, albo nie uznał zapisów za zastanawiające. Dobrze, mogło i tak być, że członkowie rady przyjęli propozycje prezydenta. Ale dyskusja nad moimi uwagami się odbyła. I co? MA-SA-KRA!!!

Zaproponowałam doprecyzowanie 3 kwestii:

1. W zarządzeniu jest mowa, że spotkania zespołu ds. SBO mają charakter otwarty i że mogą na nie przychodzić wszyscy mieszkańcy. Poprosiłam o doprecyzowanie, że mają oni głos doradczy. Z jednej strony zabezpiecza to interesy osób niebędących członkami zespołu, z drugiej strony utrzymuje odpowiedzialność za zasady po stronie zespołu. Propozycja przeszła bez większych zastrzeżeń, chyba tylko dlatego, że dotyczyła „innych”, a nie członków Rady.

2. Zaproponowałam, żeby doprecyzować zapis dot. roli zespołu. W zarządzeniu jest mowa, że zespół przeanalizuje zgłoszone propozycje zasad do SBO (mieszkańcy zgłaszali je w ramach konsultacji społecznych). Poprosiłam o dopisanie, że w wyniku tej analizy zespół dokona wyboru zasad. Zrobiła się burza!!! Bo według członków Rady – społeczników – zespół nie jest od tego, żeby brać odpowiedzialność za zasady SBO!!! Przecież od tego jest prezydent!!! Bo rozporządzenie, bo władza, bo my nie od tego!!! Zapytałam więc, od czego właściwie jest Rada? Bo ja uważam, że właśnie od tego, abyśmy jako część zespołu – reprezentując organizacje pozarządowe – wzięli na siebie część odpowiedzialności za Budżet OBYWATELSKI. Wiecie co usłyszałam? Że mam mówić za siebie! Bo Rada odpowiedzialności brać nie będzie!!! Aaaaaa….. Po bolesnej i długiej dyskusji zmieniono jedno słowo: „wyboru” na jakieś mniej „kontrowersyjne” (w tej chwili już nie pamiętam dokładnie, ale będzie protokół) i moja poprawka przeszła.

3. Pierwsze dwa punkty sporne to pikusie. Największa burza zaczęła się właściwie na samym początku posiedzenia. Generalnie pomysł jest taki, aby w skład zespołu, który ma decydować o kształcie formalno – prawnym SBO wchodziło 4 przedstawicieli ze strony radnych, 4 przedstawicieli Rady Działalności, 6 mieszkańców wybranych w wolnym wyborze (losowaniu spośród zgłoszonych chętnych) i 2 urzędników (z głosem tylko doradczym).
Zarządzenie mówi o włączeniu mieszkańców. Każdego mieszkańca, żeby być precyzyjnym. Zapytałam więc, czy to może być „każdy każdy” czy „każdy ale pełnoletni”. I wsadziłam kij w mrowisko….

Okazało się, że urzędnicy (czyt. dyrektor Przepiera) są za tym, żeby nie było ograniczeń wiekowych. A co na to członkowie Rady? Społecznicy? ABSOLUTNIE NIE!!! Bo ktoś zgłosi przedszkolaka, niemowlaka i będzie jako opiekun chciał decydować!!!! Bo z młodymi się nie da rozmawiać, bo to musi być pewien poziom dyskusji, inteligencji, przygotowania merytorycznego, którego młodzi ludzie nie mają!!!

Ponieważ był to jeszcze początek posiedzenia, mój stan psychicznego zmaltretowania był na niskim poziomie. Starałam się więc rzeczowo i konkretnie wyjaśnić, że dzisiaj jest bardzo duży problem z aktywizowaniem społecznym młodzieży. Że dorośli nie chcą ich słuchać, więc młodzi nie garną się do decydowania i do pracy na rzecz innych czy swojego otoczenia. Bo po co, skoro muszą robić, a nikt z nimi nie chce rozmawiać i traktować ich poważnie? Więc umożliwienie młodym ludziom udziału m.in. w zespole, który ma stworzyć ramy do SBO będzie świetną okazją do wciągnięcia młodych ludzi właśnie w dużą aktywność. Pozwoli im wyrazić swoje zdanie, poczuć się ważną częścią społeczności. Mieć wpływ na to, co się dookoła dzieje. Zostałam dosłownie zakrzyczana (speaking of culture level!!!). Że nie można im pozwolić decydować. Bo najwyraźniej dopiero po osiągnięciu pełnoletności młody człowiek cudownie mądrzeje. Wcześniej – według społeczników z Rady! – jest chyba za głupi na odpowiedzialne decydowanie. Dowiedziałam się również, że jak „dopuścimy” młodych do zespołu, to zaraz będziemy musieli wyznaczyć osobną pulę miejsc dla niepełnosprawnych, bezrobotnych. Mój argument, że póki co ograniczenie dotyczy jedynie wieku, a nie sprawności czy statusu na rynku pracy, nie dotarło do moich rozmówców. Nie i koniec. Niemal cała Rada głosowała za tym, żeby ograniczyć możliwość pracy w zespole ds. zasad SBO do osób powyżej 18 roku życia. Tylko Joanna Łaskarzewska z PCK, o ile dobrze pamiętam, wstrzymała się od głosu. Ja byłam jedyną osobą przeciwną takim obostrzeniom i blokadzie działalności młodzieży. Bo znam wielu cudownych młodych ludzi, którzy mają lepiej poukładane w głowie niż niejeden 60-latek.

Joanna Łaskarzewska proponowała też, żebyśmy oddali 2 z 4 miejsc przewidzianych w zespole dla Rady i zaproponowali udział przedstawicielom innych organizacji, których reprezentanci nie znaleźli się w Radzie. Również została zakrzyczana. No bo przecież nie po to członkowie Rady wybierani byli w demokratycznych wyborach, żeby teraz tę władzę (???) i pozycję oddawać. I najwyraźniej są najmądrzejsi i najwspanialsi, że nikt inny do pięt im nie dorasta i zastąpić nie może. Po prostu, klękajcie narody….

Boli mnie to, że jesteśmy powołani do Rady w roli służebnej, a część społecznych członków Rady tego zwyczajnie nie rozumie. Że reprezentowanie organizacji pozarządowych nie oznacza, że mamy jakąś mityczną władzę i broń Boże, żeby ktoś ją nam odebrał. Ja uważam, że jesteśmy tam po to, żeby rozwiązywać problemy organizacji w kontakcie z prezydentem i żeby wzmacniać obywatelskość mieszkańców. Moglibyśmy przy okazji Budżetu Obywatelskiego być taką forpocztą fantastycznych rozwiązań, pokazać całej Polsce, że to głównie sami mieszkańcy – a nie urzędnicy – decydują o tym, JAK wydać środki z BO. I że w tym decydowaniu łączymy pokolenia – od młodych po seniorów. Budujemy kapitał społeczny. Wyłapujemy i wzmacniamy perełki, liderów lokalnych społecznści, którzy potem – nawet nie będąc członkami Rady – pójdą do swoich środowisk i pociągną za sobą innych.

Moglibyśmy, ale nie będziemy. Tworzymy za to zespół, w którym przedstawiciele Rady Działalności Pożytku Publicznego ani nie chcą uprawiać odpowiedzialnej Działalności (bo prezydent niech decyduje!!! my tylko pogadamy!!!), ani nie chcą być społecznie i Publicznie Pożyteczni (nie oddawajmy władzy, bo jeszcze się okaże, że jesteśmy nieudacznikami; nie włączajmy w decydowanie młodych, bo jesteśmy najmądrzejsi!).

Kiedy na koniec decydowaliśmy o tym, kto z ramienia Rady ma nas reprezentować w zespole, padła propozycja mojej osoby. I wyraziłam swój zdecydowany sprzeciw. Złośliwi powiedzą, że się obraziłam, bo moja propozycja włączenia w prace zespołu młodzieży przepadła. Ale ja powiem tak: mam swoje zasady, inaczej pojmuję obywatelskość, swoją rolę w Radzie i zespole, działalność społeczną. Nie przyjmuję bezkrytycznie wszystkiego, co urzędnicy miejscy lub prezydent zaproponują, analizuję, dyskutuję i próbuję znaleźć konsensus. Ale chcę też wziąć na siebie odpowiedzialność, a nie tylko przychodzić raz na jakiś czas, żeby pogadać i wypić kawkę. Chcę móc powiedzieć: działamy wspólnie, co oznacza prawa, ale też obowiązki – w tym możliwość skrytykowania nas za  nasze decyzje. Dlatego nie chcę firmować swoją osobą i swoim nazwiskiem prac grona osób, które póki co pokazały, że za nic mają ludzi młodych, że nie chcą dopuścić do głosu decyzyjnego innych organizacji, bo sami wiedzą najlepiej.

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek mi to przejdzie przez klawiaturę. Ale muszę to powiedzieć – w całej tej historii jak narazie to prezydent i podlegli mu urzędnicy, poprzez swoje propozycje – zachowują się bardziej obywatelsko, niż część społecznych członków Rady Działalności Pożytku Publicznego.

2 thoughts on “Każdy ma swoje granice. Ja odkryłam swoje.

  1. Aśka, ani mi się waż rezygnować! Jeśli z Tobą walczą to znaczy że juz się z Tobą liczą. Odkąd pamiętam NGO są od patrzenia na ręcę i przejmowania odpowiedzialności i władzy. A co do rady, jak nie ten skład to mastępny. Twój elektorat też patrzy na to i wyciąga wnioski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *