Kto czyta, nie błądzi

źródło: Grzegorz Sikora
źródło: Grzegorz Sikora

Okropnie tych badyli nie cierpiałem, bo mi polowanie psuły. A tu się nasz wóz przy nich zatrzymuje i wszyscy zaczynają zbierać to szkaradzieństwo, wiążą w pęki i ładują na furę, a jeszcze gospodyni mówi:
– Piękny nam latoś len urosiał, będzie go dobrze międlić!

– Straszne rosy uderzały rankami na łąkę – mówi Weronika.

Straciłem cały humor, ale cóż było robić?… Jak wszystko do kruszyny załadowali na wóz, Antek popędził Kasztana i ruszyliśmy prosto na wygon do tego wykopanego dołu. Myślę sobie: „Aha, teraz to świństwo zakopią i będzie po krzyku!”. Ale gdzie tam! Znowu z wozu zdjęli, na tym chruścianym pomoście poukładali, a Antek rozpalił w tym dole pod spodem ogień. Myślę sobie: „Aha, teraz się to wszystko spali i będzie spokój!”. Ani nawet, wcale się nie spaliło!

Gospodarz powiedział, że jak się ten „len” suszy w domu, w piecu po chlebie, to się często spali razem z domem, więc dlatego chodzi taki gruby pan milicjant z błyszczącymi guzikami i nie pozwala w domu suszyć. Antek i Kacperek podkładali na ogień, a gospodyni z Weroniką przewracały ciągle badyle.
– Cienko rozkładaj, Werosia, len na lasach, żeby nam ładnie podsechł na wszystkie strony, nim międlarki na tłokę przyjdą.

Ten tekst to fragment szkolnej lektury – „Kajtkowe przygody” Marii Kownackiej. Klasyka nad klasykami. Czytają ją dzieci w klasach I – III. I to tylko jeden z przykładów tego, jak obowiązkową lekturą zniechęcić dzieci do czytania. Bo język jest tak archaiczny i niezrozumiały, że niejeden dorosły łapie się za głowę.

 

źródło: Grzegorz Sikora
źródło: Grzegorz Sikora

Jesienią tego roku Instytut Badań Edukacyjnych opublikował wyniki „Badań czytelnictwa dzieci i młodzieży”. Po raz pierwszy zbadano nie tylko uczniów III klas gimnazjów, ale również 12-latków – uczniów klas VI szkół podstawówek. Wyniki okazały się zatrważające – co 3 uczeń SP nie czyta lektur w całości, a 4% z nich czyta wyłącznie streszczenia. Powiększa się grono dzieci, które w ogóle nie czytają książek. W wolnym czasie uczniowie podstawówek najczęściej oglądają telewizję lub korzystają z Internetu (70% chłopców i 61% dziewczynek). Po książki – z własnej woli – sięga zaledwie co trzecia dziewczynka i 16% chłopców. Te wyniki badań były zapewne jedną z przyczyn decyzji MEN, aby podjąć próbę zmiany kanonu obowiązkowych lektur szkolnych.

Żeby zaszczepić w dzieciach miłość do czytania i ciekawość lektury pierwszą pracę muszą wykonać rodzice i opiekunowie. To od ich chęci głośnego czytania dzieciom książek, podsuwania nowych pozycji zależy, czy dzieci „połkną czytelniczego bakcyla”. Badania IBE wskazują również, że na podejście do czytelnictwa wpływ ma zasobność domowych biblioteczek – ale ja polemizowałabym z tą tezą. Dlaczego? Bo książki są dzisiaj stosunkowo drogie i wielu rodzin nie stać, aby kupować je regularnie. W tym przypadku ratunkiem mogą być publiczne biblioteki, dzięki którym można wzbogacić czytelnicze życie dzieci i dorosłych.

źródło: zycieismierc.com.pl

Wracając do tematu lektur obowiązkowych i akcji MEN, zadałam sobie pytanie – czym powinny być lektury w najmłodszych klasach szkoły podstawowej? Czy mają być one źródłem jakiejś konkretnej wiedzy, przesłania? Po części pewnie tak – stąd obecność treści patriotycznych („Kto ty jesteś? Polak mały”, „O poznańskich koziołkach”, „Wars i Sawa”), zabawnych opowiadań i wierszy („Nasza mama czarodziejka”, wiersze Tuwima, Brzechwy itp.). Ale już obecność wspomnianych powyżej „Kajtkowych przygód”, „Plastusiowego pamiętnika” czy „Puca, Bursztyna i gości” budzi we mnie, jak i pewnie w wielu rodzicach, mnóstwo wątpliwości. Bo język, jakim są one napisane, jest często przestarzały, opisuje sytuacje, które nawet nam – dorosłym – jest trudno sobie wyobrazić, a co dopiero wytłumaczyć dzieciom. Więc czytamy, czasem wspólnie, czasem w klasie, te stare teksty, bo tak trzeba. I – jak mówił klasyk – czujemy, że nas nie zachwyca, choć przecież powinno. Bo to kanon. Coś, co było zawsze i co powinniśmy cenić. Tyle tylko, że dzieci od takich archaicznych tekstów uciekają jak najdalej. Jeśli nie fizycznie, to pewnie myślami. A potem na pytanie: co z tego zrozumieliście, co zapamiętaliście – odpowiadają zazwyczaj: NIC.

źródło: komixxy.pl

Dlatego warto pochylić się uważnie nad tym, co mają obowiązkowo czytać najmłodsi. Oni są w specyficznej sytuacji, znacznie gorszej od tej, w której byliśmy my sami. Nasze dzieci są bezustannie bombardowane rozmaitymi komunikatami, informacjami, przekazami z telewizji i Internetu. Mają bogatszą ofertę bajek, gier, zabawek – co paradoksalnie nie wpływa pozytywnie na ich rozwój. Podawany na tacy łatwy komunikat powoduje, że wyobraźnia dziecka się rozleniwia. Dziecko nie musi myśleć, jak dana sytuacja albo postać wyglądała, bo może ją zobaczyć na ekranie. A książka zmusza do myślenia, przez co już na starcie przegrywa z „łatwymi mediami”. Dlatego tak ważne jest, żeby dzieci uczyć już od najmłodszych lat, że książki mogą być czymś przyjemnym. Że ich czytanie wiąże się ze zrozumieniem współczesnego świata. Może więc zamiast „Jacka, Wacka i Pankracka” wpisać do kanonu „Pitu i Kudłatą” Leszka Talki? Przekaz niemal ten sam, ale akcja dzieje się współcześnie i dzieci mogą utożsamić się z bohaterami. Może zamiast „Cudaczka – Wyśmiewaczka” albo „Anaruka, chłopca z Grenlandii” zaproponować „Koszmarnego Karolka”, „Hanię Humorek” lub „Basię”? To lektury lekkie, ale jednocześnie – przy umiejętnej rozmowie nauczyciela czy rodzica z dziećmi – stanowią świetną podstawę do oceny zachowań dzieci. Przykłady można by mnożyć, bo dzisiaj rynek wydawniczy skierowany bezpośrednio do najmłodszych jest niezwykle bogaty. Podobne zresztą zmiany powinny nastąpić w kanonie lektur dla dzieci starszych. W klasach I – III na szczęście o doborze lektur decydują nauczyciele. Od ich mądrej decyzji zależy to, czy zachęcą do czytania dzieci. W klasach starszych takiego komfortu już nie ma, a problemy są podobne. Mamy wiele książek, które dla dzieci są zwyczajnie nieciekawe i wiele potencjalnych pozycji, które można by do kanonu wprowadzić.

Pytanie więc nie powinno brzmieć: czy zmieniać kanon lektur, ale: które lektury wymienić. Bo bez tego wyrosną nam kolejne pokolenia, które na książki spoglądać będą z niechęcią, wiedzę czerpać będą z Internetu i mediów, bez jakiejkolwiek umiejętności głębszej refleksji. Będą mieć problemy z wysławianiem się, pisaniem tekstów, dyskutowaniem czy podstawową znajomością ortografii. I zabraknie im wyobraźni do przewidzenia skutków swoich działań i zachowań. Bo tego wszystkiego właśnie uczy czytanie książek.

3 Comments

  • Bardzo mądry i potrzebny tekst! Podejrzewam, że geneza problemu jest wielowątkowa, ale warto tu chyba podkreślić niechlubną rolę, jaką odgrywa w niej kształt naszego systemu edukacji: nauczyciele, zamiast choć część swojego czasu poświęcać na samodzielne odkrywanie tego, co nowe i cenne w literaturze dla dzieci i młodzieży, wypełniają papierki, piszą sprawozdania, sprawdzają diagnozy itp. Stąd brak czasu (choć pewnie u wielu niestety i chęci) na zapoznanie się z ciągłą ewolucją w tej dziedzinie. Oby się to zmieniało! Pozdrowienia serdeczne z kluboksięgarni FiKa!

    • Pewnie – jak w każdym zawodzie – są pracownicy i pedagodzy. Są tacy, którzy uwielbiają książki i są tacy, którzy po skończeniu lekcji, sprawdzeniu zadań, zaplanowaniu kolejnych zajęć, wypełnieniu e-Dziennika, miliona papierów dla szkoły, urzędu i MEN, zajęciu się własną rodziną i podstawowymi potrzebami, nie mają już siły, czasu i energii do poznawania stale nowych lektur. Albo czytają – ale książki dla dorosłych. Bo ile można dla dzieci? 😉

      Inna rzecz, że te najciekawsze i najnowsze lektury powinny znaleźć się w szkolnych bibliotekach. A to już pewnie jedna z ostatnich pozycji w budżecie szkoły…

  • O, to racja – akurat tu bibliotekarze szkolni mieliby duże pole do popisu, bo teoretycznie to oni wybierają książki – jednakowoż tu znów problem: lepiej (nie dla wszystkich oczywiście, nie chcę generalizować) kupić dużo za małe pieniądze i mieć poczucie satysfakcji, niż nabyć dwie czy trzy naprawdę wartościowe (przeczytane wcześniej!) książki. To samo zresztą ma miejsce w przypadku kupowania nagród np. na zakończenie roku – stąd w dziecięcych rękach obok świadectwa – najczęściej słowniki ortograficzne itp.:). Żeby jednak tak nie pachniało zgorzknieniem o poranku:) – też bardzo, bardzo lubimy „Pitu i Kudłatą”- szczególnie za mikołajkopodobną, a wcale nie rażącą w oczy trybem „kopiuj-wklej” frazę:-).
    Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *