Dzieje się

Morza szum, ptaków śpiew… w Niemczech

mewyDzisiejszy dzień był dla mnie bardzo szczególny. Kilkanaście dni temu obchodziłam z Panem Mężem 10 rocznicę ślubu i wspólnie postanowiliśmy, żeby znaleźć w bieganinie dnia codziennego choć jeden dzień, który w całości spędzimy razem i zrobimy coś, czego jeszcze nie robiliśmy. A najlepiej, żebyśmy pojechali w takie miejsce, którego nie znamy. Ponieważ praca i szkoła naszej_ukochanej_córeczki mocno ograniczają nas czasowo, wybór padł na jednodniową wycieczkę do nadmorskich miejscowości niemieckich – bo tam nas jeszcze nie było. Ahlbeck i Heringsdorf. Czy było warto? Zobaczcie sami…

impulsDo Ahlbeck i Heringsdorf postanowiliśmy wybrać się ze Świnoujścia na pieszo. Można oczywiście dojechać tam samochodem, można skorzystać z usług kolei albo zaszaleć i popłynąć stateczkiem. Można wreszcie pojechać rowerem. Ale mi do głowy wbiła się myśl, żeby urządzić rodzinny, długi spacer. W końcu od czasu do czasu trzeba dać sobie w kość, prawda?

Do Świnoujścia pojechaliśmy pociągiem. W całkiem ciekawej ofercie promocyjnej za 2 dorosłych i jedno dziecko zapłaciliśmy ok. 42 zł. Podróż była bardzo komfortowa, jako że jechaliśmy nowoczesnym szynobusem, zakupionym – a jakże! – ze środków unijnych. W takich warunkach naprawdę rewelacyjnie się podróżuje i polecam ten środek transportu każdemu, kto zastanawia się, czy w taką trasę wybrać auto, czy pkp.

Po przyjeździe skorzystaliśmy z gościnności Anety i Sławka Zdybel, którzy nie tylko mieszkają w Świnoujściu, ale też aktywnie w jego obrębie i na jego rzecz działają. Nasi gospodarze fantastycznie doradzili nam, gdzie i którędy mamy iść, wręczyli mapkę, zapewnili, że jeśli padniemy po drodze ze zmęczenia, to przyjadą nas ratować. Upewnili się, czy aby na pewno nie chcemy pojechać na miejsce samochodem i pożegnali nas na końcu świnoujskiej promenady. Stamtąd ruszyliśmy w drogę plażą.

plaża Świnoujście

Świnoujście ma jedną z najpiękniejszych plaż w Polsce. I piszę o tym nie dlatego, że tak mówią foldery reklamowe, ale dlatego, że na wielu polskich plażach już byłam i mam porównanie. Plaża jest szeroka, piasek czysty i drobny. Do tego o tej porze roku ziemia była w wielu miejscach szeroko ubita, co ułatwiało spacerowanie. Być może plażowiczom ta mniejsza ilość sypkiego piasku byłaby nie w smak, ale dla tych, którzy chcą pokonać kilometry plażą per pedes – taka ilość piasku jest idealna.

Mimo silnego wiatru szło się fantastycznie. W oddali majaczyły niemieckie mola, więc wiedzieliśmy doskonale dokąd idziemy. Po drodze mijaliśmy część plaży, która w sezonie służy podobno naturystom (już po niemieckiej stronie), ale przy obecnej temperaturze powietrza i wody wszyscy pozostawali „tekstylni” 😉 Fascynujące było mijanie plażą dawnej granicy polsko – niemieckiej. Kiedy nasza najukochańsza_z_córek zapytała, „kiedy będziemy już w innym kraju”, szalenie się zdziwiła, gdy usłyszała, że te dwa pomalowane na różne kolory słupki, stojące na wydmach oznaczają właśnie nasze „bycie w innym kraju”. Ja sama zaś zaczęłam się zastanawiać, jak to było tych kilkadziesiąt lat temu, kiedy funkcjonowaliśmy w innej rzeczywistości. I cieszę się bardzo, że swoje dziecko mogę wychowywać w sytuacji, kiedy między nami a naszymi zachodnimi sąsiadami tych granic już tak bardzo nie widać…

Ahlbeck

Po godzinie marszu zobaczyliśmy już z bliska największe i najbliższe plaży zabudowania Ahlbeck. Większość stojących tam domów, pensjonatów i hoteli ma klimat XIX – wieczny. I 99% z nich jest zadbanych i atrakcyjnych wizualnie. Czuć tam ducha cesarskich kąpielisk, pewnej dumy z tradycji i historii. A jednocześnie, widać wyraźnie nastawienie na klienta – po drodze (w okolicach mola) spotykaliśmy mnóstwo sklepików i punktów – z małą gastronomią, z pamiątkami, ubraniami czy ofertą aktywnej zabawy dla dzieci. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, aczkolwiek średnie ceny były jednak wyższe, niż po polskiej stronie. Za rybkę z dodatkami restauracje liczyły sobie ok. 15-20 Euro. Oczywiście ocena, czy to sporo czy nie, jest mocno relatywna i uzależniona od możliwości finansowych każdego z nas. Ale warto wiedzieć, wybierając się na obiad u zachodnich sąsiadów, że tanio nie będzie. Lody oferowane były za cenę ok. 2,50 Euro. Sporo punktów gastronomicznych oferowało też kanapki z rybą (ok. 2,50 – 3,50 Euro). Kiedyś takie kanapki można było często dostać w Szczecinie i – oczywiście – nad naszym morzem. Teraz jakoś ich nie widać. A szkoda, bo były nie tylko dobre, ale i zdrowe.

molo Ahlbeck

Nie można odwiedzić Ahlbeck i Herinsdorf bez „zaliczenia” mola. A właściwie dwóch – bo każda miejscowość ma swoje własne molo. To w Ahlbeck jest pierwsze, na jakie trafiamy idąc z Polski. Krótsze, bo ok. 300 – metrowe. Co ciekawe – nie wygląda specjalnie okazale. Jest drewniane, stare, raczej „surowe”. A jednocześnie bardzo solidne. Na jego końcu cumują statki wycieczkowe, którymi można popłynąć do Świnoujścia. Przy samym wejściu z lądu zaś spotykamy okazały budyneczek z restauracją w środku i przelegającymi do niej ławkami, na których można odpocząć.

molo Heringsdorf

Molo w Heringsdorf to już zupełnie inna bajka. Nie dość, że jest 2 razy dłuższe, to jeszcze szersze i nowocześniejsze. Przez jego środek przebiega szklana przegroda, która umożliwia schowanie się przed wiatrem. Niemal w połowie drogi umieszczono tam ciekawe 3 pawilony, w których są sklepy z pamiątkami, bursztynami, ubraniami. A przy końcu kolejny pawilon z restauracją. Za nim zaś ponownie widać przystań dla statków wycieczkowych. Ponieważ molo ma ok. 500 metrów, widok po wejściu na nie jest fantastyczny!

Heringsdorf

Drogę powrotną postanowiliśmy odbyć niemiecką promenadą. Zarówno w Heringsdorf i Ahlbeck widać czystość i dbałość gospodarzy o otoczenie. Każdy mijany budynek – czy był to prywatny dom, pensjonat czy hotel – był zadbany i cieszył oko. Promenada zapewniała miejsce i dla pieszych, i dla rowerzystów. Na dzieci czekała niezliczona ilość placów zabaw – estetycznych, ekologicznych stosunkowo niewielkich. Takich na chwilowy przystanek, zabawę i pójście dalej. Po drodze co krok dostępne były ławeczki, na których odpoczywali kuracjusze albo tacy zapaleńcy, jak my, którzy wędrowali po okolicy na piechotę. Można było skorzystać z rowerów albo oferty okolicznych restauracji, knajpek i punktów gastronomicznych. Oferta bogata – od lodów i gofrów, przez kiełbaski, aż po rybę i schaboszczaka (oj, przepraszam – niemieckiego sznycla) 😀

promenada

W stronę Polski spokojnie można było spacerować taką właśnie ścieżką. Im dalej od Ahlbeck, tym zabudowa robiła się rzadsza i dominował po obu stronach promenady las. Nie oznacza to, że nie było czego podziwiać. Po drodze napotkaliśmy tablice informacyjne, które w obu językach informowały o faunie i florze wyspy Uznam, objaśniały ciekawostki tego terenu i jeszcze bardziej zachęcały do dalszego zwiedzania.

Po ponad 12 kilometrach ponownie doszliśmy do granicy i odwiedziliśmy jeszcze świnoujskie molo. Obowiązkowy przystanek na obiad (bez ryby z frytkami wyjazd nad morze się nie liczy!) i można było wracać do domu. Aneta – jako najlepsza na świecie gospodyni i ambasadorka tego terenu, zadbała o to, żebyśmy sprawnie trafili na prom. A potem pozostało nam już tylko pojechać do Szczecina i rozmasować bolące nogi. Cały dzień nam zleciał, jak z bicza strzelił. Wróciliśmy syci wrażeń i z pewnym poczuciem, że są niedaleko nas miejsca, gdzie otoczenie może inspirować. I gdzie warto pojechać, żeby popatrzeć na udane połączenie historii z nowoczesnością. Jeśli więc jeszcze nie mieliście okazji odwiedzić wschodniego wybrzeża Niemiec, gorąco polecam. „Będą Państwo zadowoleni!” 😀

One thought on “Morza szum, ptaków śpiew… w Niemczech

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *