Dzieje się

Na złość mamie…

W ubiegły piątek Gazeta Wyborcza przygotowała ogólnopolską akcję na temat zmian w żywieniu dzieci w szkołach. Trzeba przy tym zaznaczyć, że to akcja z tak zwaną tezą: że zmiany są złe, że bez sensu, że teraz to nic, tylko usiąść i płakać. A mi zachciało się płakać, jak czytałam argumenty przeciwników oświatowej reformy żywieniowej. Bo wszystkie były w rodzaju „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

foto: examiner.com
foto: examiner.com

O co właściwie chodzi? O Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 26 sierpnia 2015 r. w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach. W skrócie – o to, co wolno uczniom serwować w szkolnych sklepikach i stołówkach, a czego nie. Przepisy weszły w życie wraz z początkiem roku szkolnego i od razu wywołały zamieszanie w szkołach i przedszkolach.

Przypatrzmy się całej sprawie chłodnym okiem. Najpierw trochę suchych danych: według danych Instytutu Żywności i Żywienia, 22% uczniów szkół podstawowych i gimnazjów jest otyłych lub ma nadwagę. 76% uczniów podstawówek ma próchnicę. Nasze dzieci tyją w zastraszającym tempie i sukcesywnie pogarsza się ich stan zdrowia. I z tym zjawiskiem postanowiło walczyć Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Zdrowia. Wydano więc rozporządzenie, w którym mowa jest m.in. o tym, że w żywności serwowanej dzieciom i młodzieży należy ograniczyć sól i cukier. Słodzić można – miodem. Sprzedawane pieczywo ma być razowe lub pełnoziarniste. Wędlina serwowana dzieciom ma mieć minimum 70% mięsa w składzie – ograniczono więc sztucznie pompowane wodą i chemią pseudo-wędliny. Kanapki nie mogą już być smarowane majonezem, tak bardzo obciążającym żyły. Ketchup może być stosowany, ale tylko taki, do którego produkcji na 100 g produktu użyto minimum 120 g pomidorów. W jogurtach i produktach pochodnych nie może być więcej niż 10 g cukru na 100 g/ml produktu. Produkty zbożowe śniadaniowe (chrupki, batoniki itp.) również nie mogą zawierać cukru i substancji słodzących. Podobnie soki i przeciery owocowe.

W przypadku stołówek dopuszczono produkty zbożowe o zawartości 15 g cukru na 100 g produktu. Przynajmniej raz w tygodniu musi być serwowana ryba. Smażone potrawy – tylko 1 raz na 5 dni. Sól – wbrew narodowej histerii – jest dopuszczona w gotowaniu, ale musi to być produkt o obniżonej zawartości sodu, stosowany w trakcie przygotowywania potrawy, zaś jej dzienne spożycie nie powinno przekroczyć 5 g. Zakazano stosowania koncentratów spożywczych, czyli popularnych kostek rosołowych.

Z grubsza (nomen omen) tyle zmian. Wygląda to rozsądnie i sensownie. Więcej wody i naturalnych soków, świeżych warzyw i owoców, mniej słodzonych, powodujących próchnicę ulepków albo fast-foodów. Więcej gotowania, mniej „gotowcowania”. Nic, tylko przyklasnąć. Tymczasem co czytam w Gazecie Wyborczej w artykułach „Dzieci na odwyku”„Szlaban na pączki i batony”?

„(…) narzekania nauczycieli, że brak soli, to zamach na ich wolność”

albo:

„Beata Wiśniewska, mama siedmiolatka: – Kupuję słodycze, czemu nie? To ja będę decydować, jak żywić Dominika, nie urzędnicy! Mam nadzieję, że złagodzą przepisy.”

I jeszcze takie deklaracje:

„(…) opowiada Aleksandra Dębicha, 16-letnia uczennica „dwójki” – Zakazy i nakazy można stosować w podstawówkach, u nas już za późno na tworzenie zdrowych nawyków żywieniowych.

Czytam i łapię się za głowę! Zamach na wolność? Kupowanie słodyczy jako wyraz buntu wobec urzędników? Nastolatki są za stare na zmianę nawyków żywieniowych? W jakim świecie my żyjemy??

foto: gazeta.pl
foto: gazeta.pl

Obecnie, żeby zdrowo się odżywiać, nie wystarczy unikać coli i chipsów. Zewsząd jesteśmy bombardowani cukrem, syropem glukozowo – fruktozowym, tłuszczem i inną chemią. Ketchup znanej polskiej firmy na P. na 100 g produktu zawiera aż 32 g cukru. Płatki fitness innej znanej firmy na N. w 100 g produktu mają aż 29,7 g cukru. Dla porównania: w szklance coli cukru jest mniej, bo „tylko” 27 g.

Przyjrzyjmy się innemu „zdrowemu” produktowi: jogurtowi. Taki smakowy, z nazwą na A., reklamowany jako super zdrowy, w małym 120 gramowym pudełeczku ma aż 3 łyżeczki cukru. Buteleczka czekoladowego mleka smakowego (440 ml) firmy na M. zawiera aż 47 g cukru (9 łyżeczek!). Podobnie rzecz ma się z popularnymi wodami smakowymi – ilość dodawanego do nich cukru nie różni się często od ilości w innych, słodzonych napojach, o których wszyscy wiedzą, że są niezdrowe i tuczą. No, ale tu mamy WODĘ, więc nasza czujność jest osłabiona…

colaNad batonami, chipsami, kebabami, pizzami, zapiekankami nawet nie będę się pastwić. Nikt oprócz producentów albo osób je przyrządzających nie wie, co dokładnie jest w składzie i jak bardzo może to być szkodliwe dla zdrowia. Ale sprzedaje się je szybko, łatwo, za stosunkowo niewielkie pieniądze. Dzieciaki przyzwyczajają się do smaku i chcą jeszcze. Ale cóż się dziwić, skoro od przedszkola są przyzwyczajane, że na drugie śniadanie często jest słodka bułka, a na podwieczorek wafelek w czekoladzie?

No więc teraz, kiedy MEN i MZ tupnęły wreszcie nogą, że koniec z tym niezdrowym jedzeniem, na właścicieli sklepików padł blady strach. Część zlikwidowała działalność, twierdząc, że sprzedawanie produktów według zdrowszych norm im się nie opłaca. Czy powinniśmy za nimi płakać? Absolutnie nie. Część pozostała i podjęła wyzwanie – tym kibicuję i wierzę, że się uda. Co do szkół, w których sklepiki zniknęły, zauważę tylko, że w niektórych szkołach nigdy ich nie było, albo zostały zlikwidowane czas jakiś temu i… jakoś tragedii nie ma. Dzieci żyją, mają się świetnie. Przynoszą jedzenie z domu, nie biegają jakoś hurtowo do okolicznych sklepów. Co więcej, w niektórych szkołach rodzice współpracują ze szkołą – u mojej córki w klasie od 2 lat zrzucamy się na klasowe wydatki, a za te pieniądze kupujemy dzieciom m.in. wodę mineralną. Mają ją stale dostępną w klasie i chętnie z niej korzystają. Nie muszą przynosić słodkich napojów. W niektórych szkołach montuje się też poidełka, które zapewniają dzieciom stały dostęp do świeżej wody.

A stołówki? Cóż, tam też będzie musiała zajść zmiana. Ja wiem, że łatwiej gotuje się na kostce rosołowej, niż na ziołach. Wiem też, że tak jak do smaku słodkiego, jako społeczeństwo jesteśmy przyzwyczajeni do smaku słonego. I stąd ten bunt wobec „niedosolenia”. Bo wydaje nam się, że wszystko jest bez smaku. I tu warto się zastanowić: czy jedzenie jest faktycznie bez smaku, czy tylko nam się tak wydaje? Dietetycy porównują to z głodem alkoholika – kiedy organizm nie dostanie tego, do czego się przyzwyczaił, reaguje źle. Czy można gotować smacznie, ale bez użycia „gotowców”? Oczywiście, że tak. Nawet przy żywieniu zbiorowym. Są nawet firmy, takie jak e-condimenta, które oferują gotowe – ale zdrowe – mieszanki przypraw. Do tej pory przebijanie się takich firm do placówek oświatowych szło jak po grudzie, bo niewielu było zainteresowanych zdrowszą ofertą. Teraz może będzie łatwiej przekonać szkoły i przedszkola do zdrowszych składników.

foto: malakaloria.pl
foto: malakaloria.pl

Wracając do buntu dzieci i rodziców – żyjemy szybko, w pośpiechu, niewielu z nas ma czas albo możliwość celebrować zdrowe posiłki. Łatwiej jest kupić słodką bułkę albo wafelka i dać dziecku do szkoły. My, rodzice, ponosimy za to ogromną winę, bo prawidłowego odżywiania dzieciaki uczą się przede wszystkim od nas. Wydaje nam się, że komponowanie zdrowego jedzenia jest strasznie trudne i kosztowne. Stąd pewnie ten opór i bunt wobec zmian w sklepikach szkolnych. Podobnie było zresztą w Wielkiej Brytanii – kiedy Jamie Olivier wprowadzał dietetyczne posiłki w szkolnych stołówkach, rodzice przez płot przerzucali dzieciom słodkie napoje i chipsy. U nas wydaje się, że na razie będzie podobnie. Ale kropla drąży skałę. Tym bardziej doceniam takich mądrych zapaleńców, jak szczecińską dietetyczkę Joannę Ciszczoń, która na stronie Mała Kaloria prowadzi akcję Śniadaniówka Żaka. I pokazuje, jak można łatwo, ciekawie i apetycznie przygotować dziecku smaczne jedzenie do szkoły.

Gazeta Wyborcza w swoich artykułach zżyma się na działania Ministerstw. Pan redaktor Adam Zadworny ze szczecińskiej GW nazywa ich z przekąsem Urzędnikami Wiedzącymi Lepiej. Wielu wieszczy upadek szkolnych sklepików, stołówek i Wielki Głód Małych Brzuszków. A ja pamiętam, jak wprowadzano zakaz palenia w pubach, restauracjach i kawiarniach w Polsce. Wtedy też podniósł się krzyk, że to zamach na wolność i swobodę, że ogranicza się działalność gospodarczą, że zaraz wszystkie lokale splajtują. I co? Jakoś nie splajtowały, a dzisiaj można swobodnie usiąść przy kawie albo piwie, bez ryzyka biernego palenia albo zasmrodzenia ubrań. W przypadku żywienia w szkołach pewnie będzie podobnie.

Czy zmiana przepisów mnie zadowala? Myślę, że to krok w dobrym kierunku. Oczywiście, to jeden z wielu kroków, które należy wykonać. Poczucie, że oto zrobiliśmy wszystko w kwestii ratowania dzieci przed otyłością, próchnicą czy chorobami, byłoby błędem. Potrzeba zmiany w podejściu do zajęć sportowych (dzisiaj często na 3 w-fy, jeden odbywa się na sali gimnastycznej, drugi na korytarzu, a trzeci w klasie, bo w szkołach dramatycznie brakuje infrastruktury sportowej). Potrzeba współpracy na linii szkoła – rodzina w zakresie zdrowego odżywiania. Programów, które nauczą rodziców i dzieci, jak zdrowo jeść, jak się ruszać, czego unikać dla własnego dobra. Potrzeba mądrych przekazów, a nie tylko nakazów i zakazów. Wspomniana powyżej Joanna Ciszczoń opowiadała mi, jak realizowała taki program w szkole w Wołominie (w Szczecinie prezydent Soska niestety nie chciał takiego programu, choć proponowałyśmy!). Joanna tłumaczyła dzieciom z gimnazjum, jak jedzenie fast – foodów czy picie słodkich, gazowanych napojów wpływa m.in. na stan cery. Odzew był rewelacyjny, bo młodzież zrozumiała, że to, co jedzą, nie wiąże się z jakimiś zawałami albo łamliwością kości, których mogą doświadczyć za dziesiąt lat. Zrozumieli, że tu i teraz pracują na swój wygląd, na swoje samopoczucie, na stan zdrowia. I to ich przekonało. Takie właśnie zajęcia trzeba proponować dzieciom – dostosowane do ich wieku i potrzeb. A nie zwykłe pogadanki o tym, że „Słowacki wielkim poetą był”, czyli w tym przypadku: „jabłka i marchewki są zdrowe i należy je jeść”.

Mam gorącą nadzieję, że akcja GW i kilku innych mediów to tylko chwilowa moda na nośny temat. Że cała sprawa jakoś się unormuje. I że w Polsce jest przewaga zdrowo myślących rodziców i dzieci, a przywołane na początku tekstu oburzeni nauczyciele, mamy Dominika czy 16-letnie Aleksandry stanowią niechlubną mniejszość. A szkoły poradzą sobie tak świetnie, jak lokale radzą sobie bez papierosów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *