Dzieje się

Nie chce mi się

fighting politicians

Kilka dni temu redaktor Gracjan Broda zamieścił na łamach Dziennika Polickiego artykuł, w którym pojawiła się propozycja, żeby sesje rady powiatu polickiego przenieść na godziny popołudniowe. Dlaczego? Żeby więcej osób mogło w nich uczestniczyć. Przyznam się szczerze, że nad tym tematem rozmyślam od dawna – jako o problemie systemowym, w każdym mieście. I o ile jeszcze rok temu byłabym podobnego zdania, o tyle teraz już niekoniecznie. Dlaczego? Bo ta sprawa nie jest taka prosta, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało…

ludzik jeden z wielu

Sama jestem osobą, która mocno angażuje się w życie społeczne. Od wielu lat pracuję społecznie „po godzinach” w przeróżnych społecznych gremiach, odbywam wiele spotkań, narad, konsultacji. I obserwuję pilnie otaczającą mnie rzeczywistość. A ta – nie nastraja optymistycznie. Na spotkania dotyczące budżetu obywatelskiego w Szczecinie przychodziło kilkanaście osób. Podobną frekwencję gromadzą konsultacje dotyczące budżetu Miasta. Decydujemy o miliardowych inwestycjach, jest okazja wypowiedzieć się na temat zasadności poszczególnych inwestycji albo zwrócić uwagę na inne potrzeby, nie ujęte w planach administracji. Spotkania organizowane są w godzinach popołudniowych albo w soboty. I na takie spotkania przychodzi 10, może 15 osób. Dlaczego? Najprostsza odpowiedź, jaka się nasuwa automatycznie, brzmi: bo nam – jako społeczeństwu – się nie chce. Ale czy naprawdę?

Kiedy przyglądam się aktywności III sektora, zaangażowaniu wielu ludzi, którzy poświęcają często swój prywatny czas, żeby przeprowadzić rozmaite akcje i inicjatywy, nie mogę powiedzieć, że „nam się nie chce”. Kiedy patrzę, ilu ludzi poruszają przeróżne przedsięwzięcia, jakich pełno dookoła – Szlachetna Paczka, WOŚP, honorowe krwiodawstwo, Dni dla Życia, Help Fest, wspieranie rodaków na kresach to tylko kilka przykładów – wierzę, że jednak wielu z nas się chce! Czasem okazjonalnie, czasem na dłuższą metę. Ale się bardzo chce!

3d small people - angry

Skąd więc ten rozdźwięk? Dlaczego w spotkaniach TechKlubu albo Marsz-o-Biegu dla Zachodniopomorskiego Hospicjum uczestniczy więcej osób niż w sesjach Rady albo poszczególnych komisji władz samorządowych? Po pierwsze dlatego, że w przypadku spotkań z politykami mieszkańcy mają poczucie, że i tak niewiele mogą. Często owe konsultacje organizowane są „na pokaz”, bo ustawa wymaga, bo pijarowsko to dobrze wygląda, bo wybory za pasem i trzeba ustawić się „frontem do klienta”. Po co więc przeznaczać swój prywatny czas, dyskutować, argumentować, skoro to i tak nic nie zmieni, bo wszystko co miało być ustalone, już zostało ustalone?

Drugi powód to kwestia poważnego traktowania mieszkańców i szacunku dla ich czasu. Zdarzyło mi się bywać na komisjach Rady Miasta Szczecina. Do dziś pamiętam tę szczególnie dla nas ważną, kiedy przyszliśmy jako Stowarzyszenie Rodzice dla Szczecina bronić etatów pracowników niepedagogicznych z przedszkoli. Zostaliśmy nawet na to spotkanie specjalnie zaproszeni. I co? Przez pierwsze pół godziny radni prezentowali żenujący spektakl pychy i buty, wykłócając się przy nas i innych zaproszonych gościach o to, czy tematem w ogóle się zajmować, czy nie. Potem zaś niektórzy z nich kłócili się z nami, krzyczeli na nas, zamiast spokojnie dyskutować na argumenty merytoryczne. Obrażali niemal wszystkich, którzy nie byli radnymi. Wyszłam z posiedzenia komisji z poczuciem straconego czasu i zniesmaczenia poziomem kultury większości owych radnych. Obiecałam sobie wtedy też, że jeśli nie będę musiała, na komisję więcej nie przyjdę. Bo szkoda czasu i nerwów. I wiem, że wiele innych osób ma często podobne odczucia.

ludziki głosują

Trzeci prawdopodobny powód, dlaczego się nie angażujemy jako mieszkańcy w lokalną politykę i podejmowanie decyzji, to pewnie fakt, że politycy przestali się nawet kryć z tym, iż większa część posiedzeń rady (niezależnie, czy gminy, powiatu czy województwa) to tak naprawdę swego rodzaju teatrzyk dla mas. Szczególnie tam, gdzie opozycja jest słaba. Owszem, w czasie sesji starają się dyskutować, ale ostatecznie i tak duża część głosowań jest wcześniej „dogadana”. A jak nie jest – to „dogadają” je w czasie przerw. Wzruszamy więc ramionami i mówimy wtedy: ot, polityka. Przeciętny mieszkaniec wie, że nie ma czego szukać na sesji, bo to tylko pozory liczenia się z nami. I musi zdarzyć się naprawdę coś wielkiego, co dotknie boleśnie i bezpośrednio mieszkańców, żeby przyszli osobiście i wzięli udział w tym spektaklu. Tak było w Szczecinie gdy likwidowano Gimnazjum nr 3, tak też było w Policach, gdy zwalniano dyrektor Beatę Golisowicz z „Białej” szkoły. Wtedy jest szansa na jakąś aktywność ze strony mieszkańców, a kiedy zbierze się duża i silna grupa, wtedy politycy zaczynają się z nimi liczyć.

Problemem nie jest więc godzina spotkań, posiedzeń czy sesji. Problemem jest nasza – obywatelska – świadomość, że znaczna część polityków ma w nosie to, co mówią mieszkańcy. Niewielu naprawdę się z ludźmi komunikuje, wysłuchuje ich argumentów, a potem wdraża je w życie. I dopóki to podejście polityków i władz na danym obszarze się nie zmieni, dopóty ludziom nie będzie chciało się angażować. Bo i po co?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *