Dzieje się

Posprzątajmy Szczecin (???)

źródło: oscarthegrouch.wikia.com

Kilka tygodni temu, w tekście: „Ale jak to?! Dlaczego?! Czyli o zdziwieniu urzędników 😀”  pisałam o kłopocikach z UM, kiedy zachciało mi się przy pomocy sąsiadów posprzątać miejski teren. Niedawno szczecińska Gazeta Wyborcza postanowiła rozpocząć akcję „Posprzątajmy Szczecin”. A ponieważ doświadczenie w temacie nabyłam, postanowiłam zabrać głos.

Tekst pod tytułem: „Zapał sąsiadów poważnie nadwyrężyły zalegające worki ze śmieciami” ukazał się w dzisiejszym wydaniu GW. Gazet ogranicza dostęp do treści cyfrowych, ale ja publikuję tekst w całości. W końcu to mój list 😛

„Szczecińska Gazeta Wyborcza rozpoczęła społeczną akcję „Posprzątajmy Szczecin”. Chwalebna idea, ale czy możliwa do wprowadzenia w praktyce? Ja spróbowałam kilka tygodni temu wdrożyć ją w życie. I muszę przyznać, że te próby nie napawają mnie optymizmem.

Zgadzam się z tezą, że śmieci nie biorą się znikąd. Że śmiecą ludzie, więc to ludzie powinni sprzątać. Niestety, najczęściej nie ci, którzy śmiecą. I jestem daleka od twierdzenia, że powinniśmy dzielić się na nas – mieszkańców i Miasto – administrację, urzędników, prezydenta miasta. Bo Miasto to my wszyscy. W praktyce jednak unikanie takiego podziału jest bardzo trudne.

Mieszkam na Krzekowie, przy ulicy Żyznej. Znajduje się tam duży plac, będący w dyspozycji Miasta. Według planów to miejsce przeznaczone na cele obronności miasta. Pusty, porośnięty kilkoma drzewkami i krzaczkami. I do niedawna mocno zabałaganiony. Puste butelki – szklane i plastikowe, papiery, dykty, rury PCV, cegłówki, części wyposażenia samochodu, papa, uschnięte gałęzie. Kilka miesięcy temu ktoś nawet podrzucił na plac zepsutą latarnię wraz z betonowym kręgiem, który ją trzymał wcześniej w ziemi. Latarnia po pewnym czasie zniknęła, rozwalone betonowisko już nie. Generalnie plac służył jako małe składowisko śmieci. Już rok temu razem z zarządcą nieruchomości i Radą Osiedla monitowaliśmy w tej sprawie straż miejską i ZUK. Wtedy posprzątano cegłówki i największe betonowe odpadki. Śmieci pozostały. W tym roku pomyśleliśmy z sąsiadami, że sami posprzątamy. Nie chcieliśmy czekać na służby miejskie. Nie chcieliśmy pisać znowu kolejnych pism, odbywać spotkań i wizji lokalnych ze Strażą Miejską i ZUK, tłumaczyć i monitować telefonicznie – jak w ubiegłym roku. Przekonywałam sąsiadów, że kiedy zrobimy to sami, będzie dużo szybciej i sprawniej. Potrzebowaliśmy tylko mocniejszych worków i wywiezienia śmieci już po ich zebraniu – przez pracowników Miasta. Bo sami takim wyposażeniem (workami, ciężarówką) nie dysponujemy.

Zadzwoniłam więc do ZUK. Najpierw musiałam szukać odpowiedniej komórki, która zajmuje się tego typu sprawami. To zajęło trochę czasu i wymagało kilku telefonów. W końcu się udało. Zaczęłam tłumaczyć pani urzędniczce, że chcemy posprzątać w czynie obywatelskim teren miejski. I że potrzebujemy pomocy z workami i wywózką. Tego rodzaju śmieci nie możemy umieścić w koszach na śmieci komunalne. Pani urzędniczka najpierw nie mogła włączyć odpowiedniego programu komputerowego, pokazującego ewidencję gruntów. Potem nie potrafiła znaleźć placu, o który nam chodziło. Więc nie wiedziała, czy może pomóc, bo może to plac prywatny? A może to pas drogowy i wtedy zajmuje się tym ZDiTM, a nie ZUK? Rozumiem troskę o publiczne zasoby i niechęć do wykorzystywania ich na prywatne przedsięwzięcia. Ale cierpliwie tłumaczyłam, że to plac, a nie droga. I zapytałam, czy z powodu niewspółpracującego programu komputerowego nie możemy posprzątać jako mieszkańcy publicznego terenu? We współpracy z Miastem? Usłyszałam wtedy pytanie, dlaczego w ogóle chcemy sami sprzątać? Przecież od tego są odpowiednie służby! Takich akcji społecznych się nie prowadzi. Takimi sprawami zajmują się pracownicy interwencyjni. A poza tym, worków nie ma.

Rozmowa przeniosła się na wyższy poziom. Kierowniczka owej pani urzędniczki przejęła inicjatywę. Na szczęście szybko skojarzyła, o który plac chodzi, a i worki się znalazły (tylko musieliśmy sami w godzinach pracy ZUK – tj. do godziny 15 – po nie pojechać i je odebrać). Ja zadeklarowałam, że sprzątać będziemy w weekend, a pani kierownik obiecała, że zgłosi wywózkę do odpowiednich służb na początek kolejnego tygodnia. Generalnie jak najszybciej, żeby nie zaczęło się podrzucanie innych śmieci.

Efekt? Śmieci zostały zebrane – na tyle, na ile zdołaliśmy to zrobić własnymi rękami, bez cięższego sprzętu. Zebraliśmy 10 wielkich i ciężkich worków z odpadami pobudowlanymi, samochodowymi i innymi. Złożyliśmy to w jedno miejsce koło drogi. Dwa dni później profilaktycznie zgłosiłam się ponownie do ZUK, informując o wykonaniu zbiórki i przypominając o obietnicy wywózki. Spytałam przy okazji o możliwość utylizacji uschniętych, grubych konarów drzewa. Inna pani urzędniczka spytała, czy nie możemy sami tego zwieźć do Eko-portu. Wyjaśniłam, że samochodami osobowymi będzie raczej ciężko. Spytałam, czy nie może podjechać jakaś ciężarówka, a my pomożemy w załadunku. Usłyszałam, że będzie ciężko. Generalnie – szczecińskie „niedasię”. Dałam za wygraną i przypomniałam o wywózce. Tydzień po sprzątaniu śmieci zebrane przez mieszkańców nadal leżały na placu. Po następnych kilku dniach znów zadzwoniłam i przypomniałam o obiecanej wywózce. Po kolejnych telefonach i mailu, łącznie po niemal 2 tygodniach, śmieci zostały wywiezione.

Czy było warto? Plac wygląda lepiej, choć wymaga jeszcze pracy. Ale ten kapitał społeczny, który udało mi się zbudować, namawiając sąsiadów do wspólnego sprzątania terenu miejskiego, został poważnie nadwyrężony poprzez zalegające worki ze śmieciami. Bo ludzie, którzy zaangażowali się w sprzątanie, mieli poczucie, że Miasto ma ich w nosie. Że nie ma wspólnoty, a jest podział: mieszkańcy – urzędnicy miejscy. My i oni. Trudno będzie ich znowu namówić do podobnej akcji. Po tych doświadczeniach widzę, że nas wszystkich – mieszkańców, urzędników, władze miasta – czeka jeszcze mnóstwo pracy w budowaniu wspólnoty, która dbać będzie o Szczecin.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *