Poszukiwana, niemile widziana?

Zbliżające się wybory samorządowe wprowadziły nowości w systemie wyborczym. I nie chodzi mi wyłącznie o wprowadzenie okręgów jednomandatowych, ale przede wszystkim o udział kobiet. Nie minęło jeszcze 100 lat od czasu, kiedy kobietom w Polsce przyznano prawa wyborcze. Tymczasem udział kobiet we władzach nadal pozostaje na niskim poziomie (w Sejmie zasiada ich zaledwie 24%). Dlaczego tak jest?

foto: mentalwod.com

Kilka tygodni temu na antenie Radia Szczecin odbyła się ciekawa dyskusja na temat udziału kobiet w polityce i wyborach: Kandydatki na radne pilnie poszukiwane! W dyskusji nie uczestniczyłam bezpośrednio, aczkolwiek w jej trakcie moje nazwisko również się pojawiło jako jeden z przykładów zaangażowanych społecznie i – od niedawna – politycznie kobiet. Co istotne, w trakcie dyskusji poruszono wiele ciekawych wątków, dlaczego kobiet jest tak mało w polityce. Dało mi to do myślenia…

Konstytucja RP stanowi, że kobiety i mężczyźni są równi. Mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym społecznym i gospodarczym. No właśnie, skoro kobiety są równe mężczyznom, to dlaczego nie są równo reprezentowane? Dlaczego ich udział we władzach nie jest równy? Dlaczego trzeba było wprowadzić najpierw wymóg 35% udziału kobiet na listach wyborczych, a kiedy i to nie do końca się sprawdziło, stworzono projekt ustawy „suwakowej”, która ma zapewnić umieszczanie kobiet na miejscach „biorących”?

Wiele zostało na ten temat napisanych mądrych analiz, które pokazują skalę i wagę problemu. Pytanie, jak to wygląda tak całkiem oddolnie. Czy kobiety – nasze koleżanki, sąsiadki, matki, żony i kochanki angażują się politycznie? Jeśli nie, to co ich powstrzymuje? A jeśli tak, to z czym się borykają? Postanowiłam stworzyć subiektywny przegląd codzienności życia kandydatki. W końcu – coś o tym wiem 😛

Ale po co ci to?

Kiedy kobieta decyduje się na podjęcie aktywności politycznej, słyszy zazwyczaj takie właśnie pytanie. Polityka kojarzy nam się z układami, przekrętami i czymś brudnym. A kobieta, istota czysta i niewinna z założenia, nie powinna do czegoś takiego przykładać ręki, prawda? Niewiele myślimy o tym, że polityka to narzędzie do wprowadzania zmian w naszej rzeczywistości. Dlaczego więc kobiety mogą zmieniać rzeczywistość poprzez pracę społeczną, a poprzez udział we władzy już nie? Dlaczego mają walić głową w mur jako społecznice, petentki rządzących, a same rządzącymi nie mogą być?

Kobiety są zbyt emocjonalne, a do sprawowania władzy trzeba „mieć jaja”

Takie myślenie jest częste, prawda? To prawda – kobiety często postrzegają rzeczywistość poprzez emocje, a nie chłodne kalkulacje. Ale czy to jest takie złe? Czy naprawdę bezczelność, nieliczenie się z innymi, z ich potrzebami czy uczuciami, albo nieumiejętność zrozumienia położenia innych – cechy, które równie stereotypowo przypisywane są mężczyznom – są takie cenne? Szczególnie w przypadku sprawowania władzy, a więc decydowania o życiu i dobrobycie innych… Kobiety znane są z tego, że częściej się dogadują, niż „stroszą piórka”. Jeśli mówimy, że kobietami rządzą hormony, powinniśmy pamiętać też o męskim testosteronie. A skoro już o nim mowa – ten cenny „element” w męskim stylu zarządzania, w przypadku kobiet jest czymś negatywnym. Bo przecież kobieta zarządzająca „w męskim stylu” to „babochłop”!

Swoją drogą, zastanawialiście się kiedyś, dlaczego synonimem siły, odwagi i zdecydowania jest posiadanie „jaj”? Przecież to jedna z najbardziej wrażliwych męskich części ciała… 😛

Zajęłabyś się lepiej rodziną, a nie polityką!

Stereotypy dotyczą też powinności kobiet. Te, które się angażują w politykę, często uważane są za wyrodne matki i żony. Skoro angażują się politycznie, oznacza to, że poświęcają na to czas, który powinny poświęcić dzieciom, mężom, partnerom. Czy słyszeliście kiedyś, żeby mężczyznę – polityka zapytano o to, kto zajmuje się dziećmi czy żoną, w czasie kiedy on zajmuje się polityką? A kobiety – i mówię to z własnego doświadczenia – pyta się o to dość często. Nieważne, że zazwyczaj w rodzinach kobiet aktywnych politycznie jest wspólna zgoda rodziny na taką aktywność. Że jest ustalony podział zadań i wszyscy sobie z tym doskonale radzą. Nieistotne, że ten sam czas poświęcony na pracę społeczną jest w pełni akceptowalny…
Społeczeństwo i tak wie lepiej. Kobieta polityczka = kobieta wyrodna i samolubna.

To tylko 3 przykłady – moim zdaniem najczęściej spotykane – reakcji społeczeństwa na kobiety, które chcą startować w wyborach. Czy można się dziwić, że tak niewiele z nas decyduje się na taki krok i chce w ogóle rozpoczynać taką działalność? A potem wszyscy się dziwią, że te 35% na listach tak trudno zapełnić.

Ja poszłabym o krok dalej i wprowadziłabym ten suwak. Bo 35% – szczególnie, jeśli nie ma obowiązku zapewniania miejsc „biorących” dla kobiet – prowadzi często do sprowadzania ich do roli „paprotek”. Tak, ja wiem, że władzę powinni sprawować ludzie wybrani ze względu na przygotowanie merytoryczne, a nie płeć. Ale obecny system wyborczy powoduje, że nie tylko merytoryka ma znikome znaczenie, ale również szanse kobiet na dojście do władzy są minimalne. Dopiero kiedy udział kobiet w polityce będzie faktycznie równy i naturalny, znikną takie stereotypy, o których pisałam powyżej. I wtedy start kobiet w wyborach też będzie czymś zwyczajnym, a nie wymuszoną i sztuczną powinnością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *