Rząd słucha rodziców? No chyba nie…

Kiedy rząd Prawa i Sprawiedliwości zapowiadał zmiany w ustawie o systemie oświaty pod hasłem słuchania głosu rodziców, pomyślałam, że może wreszcie w kontrowersyjnych sprawach oświatowych coś się zmieni. Że w miejscach, gdzie szkoły są przepełnione, nieprzygotowane na wyż demograficznych obecnych 6-8-latków rodzice będą spokojnie spali, bo będą mogli wybrać przedszkole lub szkołę. Że wreszcie będą mogli samodzielnie decydować, znając swoje 6-letnie dziecko, czy emocjonalnie jest ono gotowe do zasiadania w szkolnych ławkach – bo nie oszukujmy się, szkoła to nie sama zabawa. To przede wszystkim nauka i praca uczniów. Kiedy pełna nadziei sięgnęłam po projekt nowelizacji uso, miałam wielkie oczekiwania. Tym większe i bardziej gorzkie było moje rozczarowanie…

Co proponuje nam rząd PiS? Owszem, 6-latki nie będą już szły obowiązkowo do szkoły. Obowiązek szkolny został dla nich zniesiony. Ale czy rodzice faktycznie będą mieli wybór? Absolutnie nie! Tak jak wcześniej rodzice, aby odroczyć dziecko 6-letnie musieli udać się do poradni psychologiczno – pedagogicznej i o odroczenie wystąpić, tak teraz rodzice 6-latków, aby posłać dziecko do I klasy, do PPP będą musieli się udać i takie skierowanie do szkoły wywalczyć!Wymóg ten jest obligatoryjny dla dzieci urodzonych w okresie wrzesień – grudzień. Dla dzieci z pierwszej części roku, przyjęcie do szkoły jest możliwe w sytuacji, gdy dziecko chodziło rok wcześniej do przedszkola. Jeśli nie – marsz do poradni po opinię!

Pytam więc: gdzie ten wybór? Gdzie uszanowanie wolnej woli i zawierzenie wiedzy rodziców, że ich 6-letnie dziecko jest gotowe na szkołę? Wyboru nie ma. Rząd w sprawie 6-latków decyduje za nas. Tak jak poprzedni rząd. Problem dotyczy oczywiście w większej mierze dzieci urodzonych w drugiej połowie roku, bo do tej pory wszystkie pięciolatki objęte były obowiązkiem przedszkolnym. Jednak co do zasady – miał być wybór rodziców, a jest odgórne sterowanie. Jak zawsze.

Co jeszcze jest niepokojące i niebezpieczne w nowelizacji ustawy o systemie oświaty? Otóż zniesiony został obowiązek przedszkolny dla 5-cio i 4-latków. Do tej pory samorządy miały obowiązek przyjmowania coraz młodszych dzieci do przedszkoli, stopniowo obowiązek ten miał objąć również 3-latki. To zmuszało samorządy do tworzenia miejsc przedszkolnych. Teraz, kiedy wyłącznie 6-latki objęte będą obowiązkiem przedszkolnym, nikt nie zmusi wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do tworzenia nowych przedszkoli. Ba! Nikt ich nie powstrzyma przed zamykaniem co poniektórych placówek! A rząd oczywiście umyje ręce, bo przedszkola to problem samorządowy, a nie rządowy. Cytując klasyka: nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi?

Chodzą plotki po świecie, że zniesienie obowiązku przedszkolnego to inicjatywa Państwa Elbanowskich, organizatorów akcji „Ratujmy maluchy!”. Mam nadzieję, że takie informacje rozsiewają tylko „złe języki”. Jeśli miałaby to być prawda, straciłabym cały szacunek i sympatię do nich oraz dla całej akcji. Bo zniesienie obowiązku przedszkolnego dla młodszych dzieci, poza oczywistym efektem „uziemienia” rodziców w domu z braku opieki nad dziećmi, czyli utrudnianiu i tak już niewesołej ich sytuacji na rynku pracy, przyczyni się dodatkowo do pogłębiania różnic w rozwoju dzieci z obszarów, gdzie przedszkola są dostępne oraz miejsc, gdzie tych przedszkoli zabraknie. Po co dzieciom są przedszkola, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. I nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że posyłanie dziecka do takiej placówki to zabieranie dzieciństwa. Dlatego uważam, że nowelizacja ustawy o systemie oświaty przyniesie więcej szkody niż pożytku. A podobno rządzący mieli słuchać rodziców…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *