Świąteczny karp w sosie polskim

foto: glasgow24.pl
foto: glasgow24.pl

Ho, ho, ho! Nastał Magiczny Czas, kiedy wszyscy stajemy się lepsi. I kiedy robimy wszystko, żeby w imię tradycji umęczyć się ponad siły. Czyli: sprzątamy bardziej niż zwykle, myjemy okna, pucujemy podłogi, zaglądamy pod łóżka i we wszelkie zakamarki, czasem nawet odświeżamy żyrandole albo pierzemy firanki. Potem spędzamy godziny w kuchni na obieraniu, krojeniu, gotowaniu, mieleniu, lepieniu, mieszaniu, pieczeniu, biciu domowników po łapach, żeby nie podjadali. Jednym słowem Święta!!! 🙂 A jak Święta to co? Zakupy! W tym roku towarem pożądanym stał się – zupełnie nie wiedzieć czemu – KARP. W całej Polsce toczą się o niego prawdziwe wojny…

foto: expressilustrowany.pl
foto: expressilustrowany.pl

Okres przedświąteczny w nieuchronny sposób wiąże się z przykrym obowiązkiem udania się na zakupy. Oznacza to zwykle bolesne trzymanie się za portfel (ach, jak te złotówki lecą przy kasie!) i konieczność spotkania całej masy rodaków pomiędzy alejkami w markecie. Pierwsza „walka o ogień” rozgrywa się już w drodze do sklepu, kiedy zwykle stoimy w korku, próbując dojechać w ogóle w pobliże marketowego parkingu. Następne wyzwanie to polowanie na miejsce parkingowe. Kiedy i z tej próby wyjdziemy zwycięsko, szukamy wolnego koszyka i ruszamy na podbój alejek. Przepychamy się z ciężkim wózkiem wśród wielu równie sfrustowanych zakupowiczów, szukamy poszczególnych produktów („Dlaczego jest tylko jeden rodzaj sera w wiaderku i to nie ten, który zwykle używam do sernika?! I gdzie przełożyli buraczki??”). I stoimy w kolejce – co roku w dwóch strategicznych miejscach: do kasy i po rybę.

Przeciętny Polak karpia jada raz do roku – właśnie w Wigilię. Bo ryba mulasta, niekoniecznie nęcąca zapachem i smakiem. No, ale to tradycja. Więc tradycyjnie sięgamy po niego w grudniu. Tak jakby bez niego stół wigilijny się nie liczył… Przy okazji co roku toczy się narodowa debata na temat tego, czy karpie powinny pływać w sklepowych (tudzież targowych) basenach, czy woda jest dla nich wystarczająco czysta i natleniona, czy ryby się nie przyduszają, czy zabijane są w sposób „humanitarny” (czytaj: nie na oczach dzieci, tylko na zapleczu stoiska, co oznacza raczej humanitarne podejście do ludzi, a nie mordowanej rybki). Świątecznie budzi się w nas głos sumienia, choć przez resztę roku jakoś nie interesują nas warunki hodowli i sprzedaży innych rybek, tudzież pozostałych zwierzątek (kur ściśniętych w klatkach, faszerowanego hormonami wzrostu kurczaków czy rażonych prądem prosiaków). Ot, taka nasza ludzka, mała hipokryzja. Zresztą, fascynujące jest to, że karpie – jako jedyne chyba ryby – sprzedawane są w marketach jeszcze „za życia”. Tak, jakby to miało nam gwarantować świeżość produktu…

O dziwo, w tym roku coraz więcej sieci decyduje się na sprzedaż karpia już „oprawionego”, podzielonego na płaty lub dzwonka. Zapakowane na tackach albo do wyboru przez klienta – pakowane na miejscu. I tu wychodzi z klientów prawdziwy duch Świąt. Zobaczcie, co działo się w jednym ze sklepów Lidl, kiedy „rzucili” karpie w tackach. Dodać należy, że karpie do Lidlów dostarczane mają być codziennie, aż do 24 grudnia. A nie tylko jeden raz i potem koniec…

Żeby nie było, że to tylko klienci Lidla tacy specyficzni są… Zobaczcie zachowanie klientów Reala, którzy również kierują się w stronę stoiska z karpiami. Fascynujące…

Trochę jak owieczki w stadzie 😀 Widząc takie obrazki, zadaję sobie pytanie – czy ten karp jest naprawdę tego wart? Czy warto się o niego aż tak zabijać? Planowałam nawet kupić kawałek na wigilijną wieczerzę, ale przegłosowaliśmy rodzinnie, że będzie jednak dorsz. Bo polowanie na karpia kojarzy mi się już teraz wyłącznie z czymś takim: 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *