Dzieje się

Twoja krew, moje życie

plakat_twoja_krew

Dzisiaj po raz kolejny zawitałam do Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Przy tej okazji chciałam podzielić się z Wami kilkoma refleksjami na temat honorowego oddawania krwi. Bo temat nie jest tak prosty, jakby się wydawało…

krew5Krew oddaję honorowo od 2004 roku. Z większymi lub mniejszymi przerwami, ale robię to uparcie i konsekwentnie. Spotkałam się już z różnymi opiniami lekarzy odnośnie oddziaływania krwiodawstwa na zdrowie dawcy. Jedni mówią, że nie powinno mieć to negatywnego wpływu, inni przestrzegają przed zgubnymi konsekwencjami. Prawda zapewne leży gdzieś po środku, bowiem miałam już fazy anemii po 2 – 3 donacjach z rzędu i musiałam odkładać kolejne wizyty w RCKiCK. Na szczęście dłuższe leczenie żelazem i odpowiednia dieta przywracały zawsze porządek w organizmie. Teraz mocno pilnuję się z poziomem żelaza i ogólnym stanem zdrowia i… nie narzekam 🙂 Przekonuje mnie zawsze jedno główne przesłanie związane z oddawaniem: krwi nie da się wyprodukować! Chorzy, ofiary wypadków, pacjenci szpitali tej krwi nie kupią za żadne pieniądze. I dlatego oddaję, i oddawać będę. Choć w tyle głowy pozostają mi pytania i wątpliwości. Dlaczego? Bo honorowe krwiodawstwo w Polsce nie jest takie całkiem idealistyczne.

krew6Pierwsze problemy pojawiają się przy rejestracji w stacji krwiodawstwa. Nie wiem, jak jest w innych miastach, ale w Szczecinie mamy dwie stacje. Najpopularniejsza to ta w sąsiedztwie Al. Wojska Polskiego. Ilekroć tam nie pójdę, w różne dni tygodnia i o różnych porach – zawsze są tam kolejki. Chętnych honorowych dawców jest dużo i to bardzo cieszy. Ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego do rejestracji przyjmuje już tylko jedna pani (kiedyś były dwie), u lekarza zazwyczaj czynny jest tylko jeden gabinet (z rzadka pracują na „dwie pary rąk”). Wszystko to powoduje, że człowiek czeka. I czeka. I czeka… Najpierw stoi w ogonku do rejestracji. Kiedy już dostanie ankietę, czeka w kolejce do lekarza. Potem czeka w ogonku do laboratorium (choć tu stosunkowo najkrócej). Potem czeka na wyniki i decyzję lekarza, który raz na kilkanaście/kilkadziesiąt minut wyłania się z gabinetu i dokonuje selekcji na podstawie wyników badania krwi, hurtowo wysyłając kandydatów na dawców „na pięterko”. Potem czeka na samo oddanie krwi. I kiedy myśli, że już po wszystkim, że teraz tylko czekoladki i do domu, ponownie czeka kilkadziesiąt minut do jedynego okienka w rejestracji, żeby potwierdzić oddanie krwi pieczątką w książeczce i odebrać zaświadczenie do pracy. Długo. Zbyt długo. To wszystko trwa i zawsze mam wrażenie, że jedynie moja determinacja do pomagania innym powoduje, że jeszcze się nie poddałam i nigdy nie wyszłam z pierwszej kolejki…

Kolejną wątpliwością jest fakt sprzedawania krwi. Dawcy krew oddają bezpłatnie (inaczej niż w Niemczech, gdzie za donację się płaci). Stacje krwiodawstwa tę naszą honorową krew dalej już… sprzedają. Szpitale za nią płacą, co jestem jeszcze w stanie zrozumieć i zaakceptować, bo po pierwsze nie odbija się to na pacjentach (nikomu nie odmawia się przetoczenia krwi i nie każe za nią płacić), a po drugie – stacje też muszą się z czegoś utrzymać. Pensje personelu, praca maszyn, odczynniki do badania i przetwarzania krwi – to wszystko kosztuje. Ale… stacje sprzedają krew również firmom farmaceutycznym! Firmy te produkują potem preparaty krwiopochodne, które są sprzedawane za ciężkie pieniądze na rynku. W tym również pacjentom. I to już nie jest do końca fair. To taka szara strefa krwiodawstwa. Ja oddaję ją za darmo, honorowo, żeby pomóc innym, a nie nabijać kabzę koncernom farmaceutycznym! Kiedyś temat ten był przemilczany i dorozumiany – stacje nie chwaliły się tym procederem, a dawcy nie wiedzieli, albo udawali, że nie wiedzą / że ich to nie interesuje. Od pewnego czasu informacja ta jest w pełni jawna i podawana w ankiecie krwiodawcy. Jesteśmy informowani, że zgadzamy się na taką sprzedaż. Mamy oczywiście możliwość podpisania opcji „nie zgadzam się”, ale jak dowiedziałam się od lekarza – wtedy raczej powinniśmy liczyć się z odrzuceniem naszej kandydatury. Wóz albo przewóz. Jest jednak szansa, że nasza krew trafi jednak do pacjentów w szpitalach i to mnie nadal przyciąga do RCKiCK.

krew1Oczywiście powinniśmy postawić sobie pytanie, czy honorowi krwiodawcy są w Polsce  doceniani i czy to faktycznie tacy Judymowie służby zdrowia, jak niektórzy deklarują. Ja – po tylu latach styczności z „systemem” – śmiało twierdzę, że i tak, i nie. Z jednej strony 8 czekolad, 4 kubki kawy czy czekolady do picia na miejscu i Grzesiek nie są żadną rekompensatą.  Podobnie zresztą jak odpis od podatku, bo w praktyce przy 3-4 wizytach w roku wychodzą z tego grosze. Wolny dzień w pracy i tak często powoduje, że to co mamy do zrobienia danego dnia, kiedy poszliśmy oddać krew – nie ucieknie i poczeka do naszego powrotu. Żeby zasłużyć na bezpłatne przejazdy komunikacją miejską trzeba „przelać” masakryczną ilość krwi. Więc te wszystkie formy „docenienia” są tak naprawdę czysto symboliczne. Z drugiej strony – ważnym wsparciem dawcy jest możliwość szybszego korzystania z usług służby zdrowia, co następuje po uzyskaniu statusu zasłużonego honorowego dawcy krwi III stopnia, który dostajemy po oddaniu 5 (kobiety) lub 6 (mężczyźni) litrów krwi. W przychodniach rodzinnych takie przywileje wynikające wprost z ustawy często nie są honorowane („Pani, my tu takich z legitymacjami i pierwszeństwem mamy na pęczki!„), ale w przychodniach specjalistycznych mają one niebagatelne znaczenie. Do specjalisty powinniśmy być bowiem przyjęci w ciągu 7 dni. Kilka miesięcy temu przetestowałam działanie tego przywileju na procedurze zgłaszania się do 2 lekarzy specjalistów – w obu przypadkach najpierw usłyszałam o terminach za pół roku, po okazaniu legitymacji czas oczekiwania skrócił się magicznie do dwóch dni! Czyli honorowy dawca krwi tak całkiem bez wsparcia służby zdrowia nie pozostaje 🙂

mleczkoStacje krwiodawstwa prześcigają się w sposobach przyciągania krwiodawców – organizują loterie, budują bazę punktów handlowych i usługowych, które oferują zniżki dla krwiodawców, rozdają różne gadżety. Ale ja tak sobie myślę, że to zupełnie niepotrzebne, bo dla mnie jako krwiodawcy nie liczy się tak bardzo darmowy kalendarz na ścianę, jak krótki czas oczekiwania na obsługę w centrum krwiodawstwa. Pewnie krwi nie brakowałoby tak bardzo, gdyby nie polikwidowano tak wielu stacji krwiodawstwa w mniejszych miejscowościach. Wtedy nie tylko mieszkańcy dużych miast i ich najbliższych okolic mieliby szansę podzielić się krwią. Bo dojeżdżać do większego miasta, nawet za cenę zwrotu kosztów „delegacji”, niewielu osobom się chce.

Żeby nie było tak zupełnie pesymistycznie, muszę podkreślić, że według mnie stacje krwiodawstwa to jedyne miejsca w służbie zdrowia, gdzie cieszą się, że człowiek przyszedł 😀 Tej tezy trzymam się od wielu lat i to nadal zachęca mnie do przychodzenia. To – oraz świadomość, że jednak komuś mogę pomóc. Mnie kosztuje to trochę czasu i dbałości o zdrowie. Czyli niewiele. Dla kogoś w potrzebie – może to oznaczać nowe życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *