Dzieje się

Z pamiętnika młodej podróżniczki…

Od kilku miesięcy w mediach huczało o zmianach w rozkładzie jazdy PKP. Rozkład zmienia się co roku w okolicach grudnia, więc nie byłoby wielkiego szumu, gdyby nie fakt, że sporo nowości dotyczyło połączeń Szczecina z resztą Polski. Nowe godziny odjazdów i przyjazdów, całkiem nowe trasy i połączenia, no i pachnące świeżością składy pociągów dalekobieżnych. O „pociągu zombie” odjeżdżającym do Warszawy o 4.10 (na który trzeba wstać o 3 nad ranem) nie będę się dzisiaj rozwodzić. Opowiem za to krótką historię, jak jeździ się teraz do Krakowa w ciągu dnia. A jest o czym opowiadać 🙂

Wnętrze FlirtaDo Krakowa jeżdżę najczęściej prywatnie, bo tam mieszka moja rodzinka. Testowałam już różne połączenia. W czasach studenckich wysiadywałam 11 godzin w pociągu dziennym. Kiedy na świecie pojawiła się Weronika, przerzuciliśmy się na pociągi nocne, bo z takim maluchem można było dostać zniżkę na sypialny i jeszcze dzieciątko za taniość przewieźć. Kiedyś nawet porwaliśmy się na podróż kombinowaną przez Warszawę, pociągiem dziennym, ale z wózkiem, walizką i podręcznymi dziecięcymi drobiazgami nie był to najlepszy pomysł. Szczytem szpanu mógłby się wydać również fakt, że razu pewnego wybrałyśmy się z Weroniką do Krakowa… samolotem. Prawda zaś była taka, że połączenie OLT Express było tańsze, niż pociąg sypialny 🙂 Wprawdzie linie lotnicze upadły na 2 dni przed naszą podróżą, ale szczęśliwie przygarnął nas (i inne sierotki po OLT) Eurolot, który za niewielkie pieniądze zaoferował wylot o 7 rano, zaś lądowanie na Balicach po niecałych 3 godzinach.

Niestety, nigdy więcej takie fantastyczne oferty już się nie powtórzyły. A Weronika cały czas rośnie, nabiera społecznego znaczenia oraz statusu i obecnie – jako uczennica – cieszy się coraz mniejszymi zniżkami na PKP. Koszty podróżowania zatem nieustannie nam rosną. Nowa oferta PKP Intercity na połączenia do Krakowa w ciągu dnia spadła nam więc, jak gwiazdka z nieba. Bo jest różnica, czy koszt podróży dla 3 osób w jedną stronę zamknie się w 140 zł (za połączenie dzienne), czy wyniesie ponad 400 zł (za połączenie sypialne). Tak, wiem, można wybrać opcję pośrednią i pojechać kuszetką bez pościeli, ale po mojej ostatniej takiej podróży, kiedy wymarzłam przeokrutnie i nie spałam 3/4 nocy, bo 4 współprasażerów zapragnęło solidarnie chrapać, unikam kuszetek jak ognia.

Flirt na trasie Szczecin - KrakówZ zainteresowaniem zaczęłam się przyglądać nowemu dziennemu połączeniu relacji Szczecin – Kraków. PKP oferuje bowiem połączenia nowiutkimi niskopodłogowymi pociągami – typu Flirt (złośliwcy nazywają go Filtr, z uwagi na smog panujący w Krakowie).
Pierwsza niespodzianka: czas podróży. Tylko 8 godzin. Można sobie podzielić na etapy: do Poznania, do Łodzi i do Krakowa. Czas wtedy szybko zlatuje. Przez większą część drogi pociąg zatrzymuje się dość często – co 20-40 minut. To zapewnia, że nie czujemy się znużeni, bo ciągle coś się dzieje. Ktoś wsiada, ktoś wysiada. Ktoś przechodzi, ktoś nerwowo szuka swojego miejsca. Generalnie, tempo akcji bardziej jak w „Pamiętnikach z wakacji” niż w „Modzie na sukces”.

Drugi plus – godziny wyjazdu i przyjazdu. Ze Szczecina ruszamy ok. 13, by o 21 być w Krakowie. Wyjazd na tyle późno, że wiele rzeczy da się jeszcze rano ogarnąć. Przyjazd na tyle wcześnie, że człowiek nie pada zmęczony i wymięty. W drodze powrotnej PKP zaproponowało nieco inne godziny: wyjazd o 7 rano, przyjazd do Szczecina o 15. Czyli wyjeżdżamy o dość przyzwoitej porannej porze i wysiadamy jeszcze w pełni dnia. Wiele można zrobić!

Do niewątpliwych plusów należą gniazdka z prądem przy każdym siedzeniu. Wprawdzie zamontowane są pod dziwnym kątem, ale są. I działają. Posiadając prąd, telefon/smartfona/tableta/laptopa i pozytywne nastawienie, można nawet nie zauważyć, że te 8 godzin podróży minęło.

I klasa ma nieco luźniej
I klasa ma nieco luźniej

Innym plusem są fotele – wygodne, nowiusieńkie, nawet odrobinę wysuwane. Stoliki też sympatyczne, odpowiednio składane, żeby pasażer wychodząc z „czwórki”, czyli miejsc przy stoliku, nie musiał szurać pupą po siedzeniach. Sporo miejsca zarezerwowano również na rowery (a jakże!) i dla osób niepełnosprawnych (wydzielone przedziały  miejsca przy stolikach, przestronne toalety). Klima (jeśli działa) zapewnia miłe chłodzenie. Gorzej, jeśli nie działa. I tu płynnie przechodzimy od pochwał Flirtów do marudzenia. Aczkolwiek jest to marudzenie w pełni uzasadnione.

Flirty miewają niesprawną klimę. Mimo, że wagony są teoretycznie bezprzedziałowe, są niejako przedzielone na mniejsze części (w których mieści się od 5 do ok. 10 rzędów siedzeń) i które napakowane ludźmi szybko zaczynają się robić duszne. Taką wątpliwą przyjemność mieliśmy w drodze do Krakowa. W pierwszych godzinach było fajnie jechać w koszulce z krótkim rękawkiem. Potem jednak zaczęło się to robić męczące. Mieliśmy przedział umiejscowiony obok Warsu i próbowaliśmy otwierać co chwila automatyczne drzwi do przejścia między przedziałami, żeby naleciało do nas trochę chłodu. Oprócz chłodu nadlatywały jednak zapaszki smażeniny warsowej, która na dłuższą metę jest jeszcze bardziej nieznośna niż duchota. W ostateczności poprosiłam konduktora, czy dałoby radę nieco obniżyć temperaturę w przedziale (jakoś w innych było chłodniej) i przemiły konduktor zlikwidował tropiki. Ale tylko nieco, może o 1-2 stopnie. W drodze powrotnej było mniej ludzi, ale zmieniając miejsca siedzenia czułam różnicę między siedzeniem pod wywiewem klimy, gdzie choć trochę powiewu było czuć, a zarezerwowanym dalej miejscem, gdzie tej „klimatycznej bryzy” nie uświadczycie. Przez 8 godzin to jednak robi różnicę. Flirty nie mają zastosowanych rozwiązań z wagonów dalekobieżnych, jeżdżących np. do Warszawy, gdzie otworki klimy są pod oknem przy niemal każdym siedzeniu. Producent ograniczył się do dziurek w suficie i to się niestety czuje.

Miejsc na bagaże jak na lekarstwo
Miejsc na bagaże jak na lekarstwo

Flirty nie mają również innego ważnego rozwiązania, znanego z pociągów dalekobieżnych. Mianowicie: wystarczającego miejsca na bagaż. Gdyby zamontowano szersze półki, albo gdyby sufit był wyżej, sytuacja przedstawiałaby się całkiem nieźle. A tak – była lekko dramatyczna. Bo ludzie podróżują z dużymi walizkami i torbami. A półeczki nad głową więcej niż skromne. W drodze do Krakowa mieliśmy 1 walizkę, 1 torbę i plecak. Siedzieliśmy przy 4 osobowym stoliku. A miejsc nad głową starczyło na 1 walizkę. Nie bardzo było możliwości upchnięcia na półce kurtek. Pod siedzeniami zaś było za mało przestrzeni, żeby wsadzić jakąkolwiek torbę czy niewielki nawet plecak. Generalnie słabo. Przy wyjściu z przedziału umiejscowiono stelaż z 3 półkami łącznie. Biorąc pod uwagę, że w przedziale znajdowało się ok. 50 osób – 3 półeczki to mizerna oferta. Ludzi kładli więc torby w każdej wolnej przestrzeni, nierzadko blokując miejsca na bagaż kolejnym dosiadającym się współpasażerom. To rodziło konieczność wiecznego przenoszenia walizek i toreb, niekończące się dyskusje – jednym słowem „Pamiętniki z wakacji” 😛 Gorzej, kiedy komuś nie chciało się kombinować i stawiał walizę koło swojego siedzenia. W pewnym momencie dwie paniusie, siedzące obok siebie, wpadły na ten genialny pomysł równocześnie i całkowicie zablokowały przejście. Po interwencji i prośbie o odstawienie toreb na stelaż, jedna się poddała, zaś druga butnie stwierdziła, że „ona tylko na chwilkę, i tak zaraz wysiada”, choć do następnej stacji miała prawie godzinę drogi. Walizkę w przejściu pozostawiła i siedziała z naburmuszoną miną przez resztę podróży.

W drodze powrotnej objawił się w kwestii bagażu inny typ współpasażera – nieufnego i zatroskanego o swoją własność. Jeden z panów odmówił umieszczenia walizy na stelażu, bo „on tam nic nie widzi, a jeszcze ktoś wysiądzie i mu ukradnie”. Może wiózł rodzinne pamiątki, diamenty z czasów wojny, zdjęcia babci i usg ukochanego pieska. Nie wiem. Grunt, że do walizki był mocno przywiązany i nic nie zmusiło go do zmiany zdania. Nawet niewygodna – jego i innych pasażerów.

Tak czy owak, Flirty cierpią mocno na brak przestrzeni. W klasie drugiej mocno się to czuje. W klasie pierwszej, rzecz jasna, nieco mniej. Najbardziej zaś chyba cierpią konduktorzy, którzy – jak się zdaje – zyskali zaplecze socjalne w postaci prysznica – ale za to stracili normalne warunki pracy w przedziale na rzecz megawąskiej kanciapy, wydzielonej ścianką działową z części korytarza. Zajrzałam tam pod pretekstem pytania o atrakcje dla dzieci i wycofałam się szybciutko, ogarnięta poczuciem klaustrofobii.

Klaustrofobiczny wagon konduktorski
Klaustrofobiczny wagon konduktorski

Co jeszcze charakteryzuje Flirty? Wszechobecna elektronika. Telewizorki z reklamami i godzinami przyjazdu lub odjazdu z poszczególnych stacji, komputerowe zapowiedzi kolejnych stacji czy w pełni zautomatyzowane toalety (woda w kranie na fotokomórkę, spłuczka obsługiwana elektronicznym przyciskiem). To już nie są czasy pociągów, gdzie spłukiwanie toalety uruchamiało się pedałem przy sedesie, a pozbycie się nieczystości oznaczało wyrzucenie ich w trakcie jazdy na tory. Teraz, panie, to prawdziwa Hameryka. Ciekawe tylko, jak szybko się popsuje. Bo elektronika ma to do siebie, że nie zawsze działa, jakbyśmy chcieli. Przykład? Kiedy dojechaliśmy do Szczecina i grzecznie snuliśmy się do wyjścia za innymi pasażerami, w pociągu zgasło światło, a drzwi się zablokowały. I staliśmy tak, w kilkaset osób, naciskając desperacko przycisk do otwierania drzwi. Co się okazało? Pan maszynista, w ferworze zmiany kabiny na podróż w drugą stronę, wyłączył komputer pokładowy. A jak wyłączył komputer, to wyłączył wszystko. Całą elektronikę. I uwięził pasażerów 😀

Na koniec dodam, że są momenty, kiedy we Flirtach czujemy się jak w tramwaju marki Swing. Bo na niektórych odcinkach trasy mocno buja. Pociąg zdaje się być lżejszy i mniej stabilny od pociągów starszego typu. Gdzieniegdzie skrzypi plastik przy siedzeniach. Czasem zdaje się mieć za nisko umiejscowione półki (wielu średniowysokich pasażerów poobijało sobie czółka przy podnoszeniu się z siedzenia, a to kolejny argument za tym, że z półkami jest niedobrze). Generalnie ten typ pociągu jest taki… plastikowy. Lekki. Mało stabilny. Ale też może nie będzie rdzewieć czy brudzić się tak, jak starsze pociągi.

O podróży przez 8 godzin w otwartej przestrzeni i znoszeniu odgłosów strzelanki z filmu oglądanego na komputerze 5 rzędów dalej, którego właścicielka najwyraźniej nie wie, że istnieje coś takiego jak słuchawki, nie będę pisać. Ani o konieczności wysłuchiwania wywodów pana z siedzenia przede mną o tym, że to syjoniści rządzą i dlatego jest źle. Ani nawet o tym, którego starostę zna współpasażer z drugiego rzędu od wejścia i jakie „deale” planuje z nim robić, co przez pół godziny referował swojemu rozmówcy przez komórkę. Nie będę się nad tym rozwodzić, bo to kwestia kultury ludzi i nie ma nic wspólnego z rodzajem pociągu czy ofertą PKP. Ot, taki podróżniczy folklor. Najważniejsze jest to, że połączenie Szczecin – Kraków i nowy typ pociągów, mimo swoich minusów i pewnych niedogodności, nadaje się całkiem nieźle do przemierzania tych 700 kilometrów. I że za całkiem niewielkie pieniądze można jednak podróżować w miarę komfortowo, nowocześnie i nie umęczyć się specjalnie. Czego sobie i Wam życzę na kolejne podróże po Polsce 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *