Zakochana Marzena z Piwnicznej – Zdroju rozrabia w Szczecinie

Dyktando Uniwersyteckie

Jak spędzić sobotnie popołudnie na inteligentnej rozrywce? Odpowiedź jest prosta – należy udać się do siedziby Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego i zasiąść do pisania dyktanda. Tak, tak – nie przesłyszeliście się. Dyktanda. Kto powiedział, że ćwiczenia ortograficzne i interpunkcyjne kończą się wraz z uzyskaniem świadectwa szkolnego? Poprawną pisownię w języku polskim warto ćwiczyć całe życie i taki właśnie cel przyświecał organizatorom I Dyktanda Uniwersyteckiego w naszym mieście.

 

 

20150523_134404Do udziału w Dyktandzie zorganizowanym przez Panią Profesor Ewę Kołodziejek i jej współpracowników z US zgłosiło się kilkaset osób. Na sali siedzieliśmy oddzieleni od siebie i pilnowani przez organizatorów. Pisaliśmy fantastyczny tekst o Marzenie, która przyjechała do Szczecina studiować filologię polską. Tekst najeżony był pułapkami ortograficznymi, a sprawę dodatkowo utrudniał fakt, że ocenie podlegały również kwestie interpunkcji. Postawić wykrzyknik, czy kropkę? Napisać wypowiedź ojca bohaterki od myślników, czy ująć w cudzysłów? Na domiar złego, Pani Profesor Kołodziejek do tekstu wplotła kilka obcojęzycznych zwrotów, które – mimo, że używane są przez nas na co dzień w mowie – w pisowni potrafią sprawić psikusy.

Po około 2 godzinach oczekiwania otrzymaliśmy informację o zwycięzcach. Wygrało trzech panów, którzy w takich dyktandach biorą udział bardzo często, jeżdżąc po całej Polsce. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że w takich konkursach można wygrać niezłe nagrody pieniężne. Informacja o tym, iż zwycięzcy nie są „lokalni”, a przyjezdni i raczej zaprawieni w takich zmaganiach, wywołała pewną konsternację wśród uczestniczących w konkursie. Ja sama w pierwszej chwili poczułam się dziwnie, mając wrażenie, że nasze – amatorów – szanse były raczej nikłe wobec dopuszczenia osób niemal „zawodowo” zajmujących się konkursami ortograficznymi. Dlaczego? Bo są oni przyzwyczajeni do pewnego typu zagadnień albo zaznajomieni z niektórymi słowami. Sam zwycięzca w wywiadzie dla Gazety Wyborczej na pytanie o jedno z trudniejszych słów: „żętyca” stwierdził, że takie słowo można spotkać w co trzecim dyktandzie. Dlatego też wśród uczestników w pewnym momencie pojawiło się porównanie zwycięzców do Kenijczyków albo Etiopczyków, którzy startują w zawodach biegowych w całej Europie i wygrywają, nie dając szans innym.

Z drugiej jednak strony, wracając do domu pomyślałam, że zasady ortografii i interpunkcji są powszechnie dostępne. To nie jest żadna wiedza tajemna. Jeśli ktoś chce, może się w tym specjalizować. Jeśli lubi pisać teksty i jeszcze może na tym zarobić, jeżdżąc po całej Polsce i wygrywając dyktanda – dlaczego mielibyśmy tego zabraniać? Każdy z nas może być na miejscu zwycięzców, jeśli odpowiednio dobrze się przygotuje. Każdy może startować w dowolnej liczbie konkursów ortograficznych w dowolnym mieście. Jeśli ma chęć, czas i pieniądze, aby zainwestować w wyjazd, bez pewności zwycięstwa. Nie ma więc co zazdrościć, ani się zżymać. Trzeba brać się do pracy nad własnym warsztatem i za rok powalczyć znowu. Bo Pani Profesor obiecała nam kolejną edycję dyktanda.

Tymczasem pełen tekst dzisiejszego dyktanda znajdziecie poniżej:

 

Marzena z gór i znad morza

Superbohaterką tej historii jest Marzena, mieszkanka Piwnicznej-Zdroju na Sądecczyźnie, od niemowlęctwa marząca o bażynowych wrzosowiskach na wybrzeżu Bałtyku. „Niechbym tam – myślała – i bez jedzenia, i bez picia była, bylebym mogła studiować filologię polską w Szczecinie i poznać jakiegoś marynarza, herkulesa oceanów, eksplorującego na trawlerze Morze Południowochińskie!”. Nieustannie prosiła ojca o zgodę, aż w końcu huknął poirytowany jej nużącymi narzekaniami na życie Sądeczanki: „A jedźże już sobie w te morskie odmęty!”. Potem, dla uspokojenia nerwów, zatrąbił na sczerniałej trombicie.

Więc Marzena hop-siup! – pojechała! W Szczecinie na próżno szukała plaży i morza, ale tuż-tuż obok swojego mieszkania znalazła zachwycające miejsca: Jasne Błonia, Bramę Portową i basztę Siedmiu Płaszczy, i pomnik Sediny, i muzeum Centrum Dialogu „Przełomy”, a nade wszystko cud-budynek szczecińskiej filharmonii. Dalibóg, nie spodziewała się tak radykalnej odmiany swego ponadsiedemnastoipółletniego życia.

Rok akademicki rozpoczęła w euforii, bo nie tylko studiowała arcyciekawą polonistykę, ale też w pubie vis-à-vis akademika poznała pół Amerykanina, pół Azjatę, niesfrancuziałego jak większość tych niby-herosów studenta Akademii Morskiej. Nowo poznany był wegetarianinem uwielbiającym żętycę, smakoszem jarmużu, marchwi, cukinii, dyni, cykorii i szałwii. Ponadto na każde śniadanie pożerał małże, przegrzebki, a nawet słodkowodne szczeżuje i skójki unurzane w oliwie. Notabene, nie pozwalał Marzenie spożywać pizzy i cheeseburgerów z lokalnego McDonalda. „Ależ to fantastyczna i nisko-, i wysokobiałkowa dieta cud – myślała Marzena – chapeau bas!”.

Nierzadko przemierzali wszerz i wzdłuż zszarzałe portowe uliczki albo słuchali rockandrollowych koncertów na Nabrzeżu Wieleckim. Jednak pewnego dnia, patrząc w szarobłękitne oczy narzeczonej, hiperprzystojny quasi-marynarz wyszeptał: „Adieu!”. I rozpłynął się w nieprzeniknionej mgle…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *